i oto pięć lat minęło jak z bicza. jaś-nie-pan jest dumnym finalistą ostatniego roku przedszkola. zocha kończy pierwszą klasę. julek w klasie ósmej, józek w dziesiątej. matka cięższa o kilka kilogramów i szersza o kilka centymetrów. bogatsza o morze doświadczeń, przygnieciona głazami cierpnienia - ale jak trawa, wciąż na nowo wyrosta spomiędzy tych kamieni. i wdzięczna, wdzięczna do szpiku kości za każdy nowy poranek, za każdy moment. "Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!" (Hi 1, 20).
niedziela, 4 maja 2025
środa, 19 lutego 2020
bendonc młodym rekonwalescentem
jasiek oczywiście wypisany do domu do dwóch nocach i właściwie już całkiem doszedł do siebie, chociaż dłuższą chwilę mu to zajęło. rośnie piękny okrąglutki.
w miedzyczasie zocha wystrzeliła ze słownictwem, a także z całkiem zgrabnymi zdaniami, których, przyznam, po części nie rozumiemy. ukuła też słowo-wytrych: akejaja. oznacza wszystko, w zależności od kontekstu, czyli tak naprawdę nie wiemy, co oznacza, ale brzmi fajnie i się przyjęło.
w innych naszych bojach i potyczkach bez większych zmian. chwilami czujemy się totalnie przygnieceni i zdeptani, chwilami mobilizujemy się do ostrej walki. czas płynie. dzieci rosną. nie pozwalamy, aby zły człowiek odebrał nam radość życia i zaraził swoim zgorzknieniem i frustracją.
w miedzyczasie zocha wystrzeliła ze słownictwem, a także z całkiem zgrabnymi zdaniami, których, przyznam, po części nie rozumiemy. ukuła też słowo-wytrych: akejaja. oznacza wszystko, w zależności od kontekstu, czyli tak naprawdę nie wiemy, co oznacza, ale brzmi fajnie i się przyjęło.
w innych naszych bojach i potyczkach bez większych zmian. chwilami czujemy się totalnie przygnieceni i zdeptani, chwilami mobilizujemy się do ostrej walki. czas płynie. dzieci rosną. nie pozwalamy, aby zły człowiek odebrał nam radość życia i zaraził swoim zgorzknieniem i frustracją.
sobota, 18 stycznia 2020
bendonc młodym pacjentem...
jaś-nie-pan udaje, że ma grypę (bo tak naprawdę to wiemy, chce być po prostu w centrum uwagi, jak każdy facet, nawet 7-tygodniowy), więc trafiliśmy przedwczoraj na oddział pediatryczny.
najnieprzyjemniejszym aspektem jest odsysanie gluta z nosa i gardła aspiratorem. najlepszym - że umieścili nas w izolatce, więc cisza i spokój, zakaz odwiedzin (tylko mąż zastępuje mnie na 2h dziennie, żebym mogła pojechać do domu, wykąpać się, przebrać i ucałować stęsknioną zochę), a personel, owszem, zagląda często, ale ogranicza swój pobyt u nas do minimum.
mamy widok na pobliska szkołę i dziateczki zasuwające o poranku na lekcje - miodzio dla tego, kogo nie obejmuje już obowiązek szkolny! :)
młody, podpięty do pulsoksymetru od 48 godzin, ma się raczej dobrze, na szczęście. matka miała wreszcie okazję sprawdzić, jak się śpi na rozkładanych fotelach, które znamy z seriali o lekarzach. nie śpi się wcale źle. trzeba tylko skoordynować ruchy (rozumiecie, mindfulness, skupienie i pełna świadomość celowości każdej czynności), bo fotel stawia opór przy rozkładaniu, a składa się nawet przy puszczeniu bąka, sadzając zaspaną matkę do pionu.
mindfulness w wydaniu szpitalnym wyraża się również tym, że ubikacja nie ma klapy, więc na pierwszy rzut oka (w środku nocy, nad ranem, bez okularów) wygląda tak samo jak znajdujący się zaraz obok bidet. trzeba się skupić i świadomie wybrać, gdzie postawimy porannego klocka. ale niewymiernym plusem jest fakt, że jako izolowani mamy własną łazienkę, żeby nie zarażać innych; rodzice z sal niezakaźnych korzystają ze wspólnych łazienek na korytarzu. postawienie klocka w bidecie we wspólnej łazience byłoby zdecydowanie faux pas.
dodam jeszcze na marginesie, że w szpitalnej stołówce rozpoznają mnie wszystkie pielęgniarki z porodówki, ba! pamiętają nawet, że urodził się syn (a nie córka) i że miał dziwne imię :) poczytuję to sobie za komplement, bo od narodzin jasia każda z nich miała pod opieką kilkaset ciężarnych. a tu proszę: witamy się z uśmiechem nad zapiekanką warzywną i zupą-wodzianką.
co do imienia, to portugalska wymowa imienia "jan" ("żan") niezmiennie mnie bawi i przypomina piosenkę earthy kitt:
Hey Jacque
Have you seen Louie
Is he still in Paree?
I wait day after day
in that cafe, down by the river
i tak oto, hospitalizujemy się nieco z przymrużeniem oka. za chwilę obchód - może już dziś nas wypuszczą do domu. trzymajcie kciuki!
najnieprzyjemniejszym aspektem jest odsysanie gluta z nosa i gardła aspiratorem. najlepszym - że umieścili nas w izolatce, więc cisza i spokój, zakaz odwiedzin (tylko mąż zastępuje mnie na 2h dziennie, żebym mogła pojechać do domu, wykąpać się, przebrać i ucałować stęsknioną zochę), a personel, owszem, zagląda często, ale ogranicza swój pobyt u nas do minimum.
mamy widok na pobliska szkołę i dziateczki zasuwające o poranku na lekcje - miodzio dla tego, kogo nie obejmuje już obowiązek szkolny! :)
młody, podpięty do pulsoksymetru od 48 godzin, ma się raczej dobrze, na szczęście. matka miała wreszcie okazję sprawdzić, jak się śpi na rozkładanych fotelach, które znamy z seriali o lekarzach. nie śpi się wcale źle. trzeba tylko skoordynować ruchy (rozumiecie, mindfulness, skupienie i pełna świadomość celowości każdej czynności), bo fotel stawia opór przy rozkładaniu, a składa się nawet przy puszczeniu bąka, sadzając zaspaną matkę do pionu.
mindfulness w wydaniu szpitalnym wyraża się również tym, że ubikacja nie ma klapy, więc na pierwszy rzut oka (w środku nocy, nad ranem, bez okularów) wygląda tak samo jak znajdujący się zaraz obok bidet. trzeba się skupić i świadomie wybrać, gdzie postawimy porannego klocka. ale niewymiernym plusem jest fakt, że jako izolowani mamy własną łazienkę, żeby nie zarażać innych; rodzice z sal niezakaźnych korzystają ze wspólnych łazienek na korytarzu. postawienie klocka w bidecie we wspólnej łazience byłoby zdecydowanie faux pas.
dodam jeszcze na marginesie, że w szpitalnej stołówce rozpoznają mnie wszystkie pielęgniarki z porodówki, ba! pamiętają nawet, że urodził się syn (a nie córka) i że miał dziwne imię :) poczytuję to sobie za komplement, bo od narodzin jasia każda z nich miała pod opieką kilkaset ciężarnych. a tu proszę: witamy się z uśmiechem nad zapiekanką warzywną i zupą-wodzianką.
co do imienia, to portugalska wymowa imienia "jan" ("żan") niezmiennie mnie bawi i przypomina piosenkę earthy kitt:
Hey Jacque
Have you seen Louie
Is he still in Paree?
I wait day after day
in that cafe, down by the river
i tak oto, hospitalizujemy się nieco z przymrużeniem oka. za chwilę obchód - może już dziś nas wypuszczą do domu. trzymajcie kciuki!
niedziela, 5 stycznia 2020
sezon zimowy w pełni
sezon zimowy, jak wiadomo, w pełni, nawet w kraju o tak tropikalnym klimacie (buahahaha) jak portugalia. w związku z powyższym w aptekach w całym kraju skończył się paracetamol w syropie dla zasmarkanych dzieci - oświadczył małżonek po powrocie z apteki. myślałam, że sobie ze mnie kpi, ale nie, aptekarka sprawdziła. czyli zima zaskakuje nie tylko drogowców i nie tylko w polsce.
dzieci zasmarkane, my zasmarkani, nasza niania o jednym płucu też zasmarkana. wydawać by się mogło, że dobieramy nianie zgodnie z wytycznymi pfron-u, bo i poprzednia niania, cudowna sąsiadka nasza, też po różnych cięciach - ale nie, to czysty przypadek.
na forum rodaków w portugalii od kilku tygodni pojawiają się wpisy "a czy wy też płakaliście z zimna przez pierwszą zimę spędzona w portugalii?..."
tak, płakałam rzewnymi łzami. pierwszy mój pobyt w portugalii zaczął się pod koniec stycznia 2005 roku. na dworze cudne słoneczko, w domu ziąb taki, że poranne siki zamarzały, zanim dotarły do muszli. wychodziłam z domu, żeby się ogrzać. pierwszego dnia gospodyni przyniosła mi dodatkowy koc, drugiego - dodatkowa grubą kołdrę. trzeciego dnia przyniosła butelkę domowego bimbru.
poza tym - chciałoby się napisać, że wszystko w normie, ale nie, niestety. ostatnie tygodnie starego roku dały nam mocno w kość pod każdym względem, więc nawet ogromna radość z narodzin jasia przyćmiona została mocno ciężarem innych kłopotów. mamy jednakowoż świadomość, że nic nie trwa wiecznie - złość, mściwość, prześladowania i podłości też przemijają. trzymamy się razem i trwamy.
tego również i wam życzę w tym roku: wytrwałości, siły, radości nawet pośród zmartwień.
dzieci zasmarkane, my zasmarkani, nasza niania o jednym płucu też zasmarkana. wydawać by się mogło, że dobieramy nianie zgodnie z wytycznymi pfron-u, bo i poprzednia niania, cudowna sąsiadka nasza, też po różnych cięciach - ale nie, to czysty przypadek.
na forum rodaków w portugalii od kilku tygodni pojawiają się wpisy "a czy wy też płakaliście z zimna przez pierwszą zimę spędzona w portugalii?..."
tak, płakałam rzewnymi łzami. pierwszy mój pobyt w portugalii zaczął się pod koniec stycznia 2005 roku. na dworze cudne słoneczko, w domu ziąb taki, że poranne siki zamarzały, zanim dotarły do muszli. wychodziłam z domu, żeby się ogrzać. pierwszego dnia gospodyni przyniosła mi dodatkowy koc, drugiego - dodatkowa grubą kołdrę. trzeciego dnia przyniosła butelkę domowego bimbru.
poza tym - chciałoby się napisać, że wszystko w normie, ale nie, niestety. ostatnie tygodnie starego roku dały nam mocno w kość pod każdym względem, więc nawet ogromna radość z narodzin jasia przyćmiona została mocno ciężarem innych kłopotów. mamy jednakowoż świadomość, że nic nie trwa wiecznie - złość, mściwość, prześladowania i podłości też przemijają. trzymamy się razem i trwamy.
tego również i wam życzę w tym roku: wytrwałości, siły, radości nawet pośród zmartwień.
czwartek, 1 sierpnia 2019
suspensy i nagłe zwroty akcji
boszzzz, no nawet nie wiem, od czego zacząć...
rok szkolny się skończył, na szczęście, bo jeszcze jeden taki miesiąc i widzielibyśmy się w tworkach. ale i to zakończenie lekkie nie było.
dziecko starsze, jako uczone w domu, musiało zdać obowiązkowe egzaminy na koniec czwartej klasy, czytaj: matka niemal osiwiała z nerw, wyobrażając sobie, jako to synek pomija na teście dwie strony przez nieuwagę, myli ruch obrotowy ziemi z ruchami robaczkowymi jelit itp. tymczasem syneczek wynudził się na egzaminach, bo pisał przez 40 minut, a pozostałe 50 bazgrał po brudnopisach, składał samoloty z papieru oraz gawędził z pilnującymi go nauczycielkami. na koniec okazało się, że zdał skubaniec wszystko na piąteczki, oprócz czwórczyny z plastyki - ale to mu wybaczę.
do tego musiał zdać egzaminy na koniec tzw. pierwszego cyklu, żeby móc nadal uczęszczać do szkoły muzycznej - i tu go matka straszyła, że jak nie będzie ćwiczył, to egzaminów nie zda, a wtedy umieszczą go w zwykłej szkole, która nam przypada z tytułu rejonizacji, a do której syńcio strasznie chodzić nie chciał (np. dlatego, że daleko i musiałby dojeżdżać atubusem). i tutaj skubaniec matkę zaskoczył, bo zdał na piąteczkę (90%).
i co? i gówno. dostał się do szkoły muzycznej "na pełen etat" (zgodnie z planem), ale nie dostał się do sąsiadującej z nią podstawówki "z braku miejsc". więc system automatycznie przypisał go do tej szkoły, którą przez rok go straszyliśmy... myślałam, że ducha wyzionę, jak zobaczyłam listę nazwisk.
kolejny tydzień spędziłam na przeszukiwaniu bazy danych przepisów regulujących tryb przyjmowania dzieci do szkół, pisaniu odwołań, otrzymywaniu odpowiedzi negatywnych na odwołania, a potem jeszcze na wymianie korespondencji i telefonach do trzech różnych szkół zamieszanych w cały ten prodecer... aż udało mi się przenieść syna do szkoły co prawda nie tak bardzo bliskiej szkole muzycznej, ale wciąż duuużo bliższej niż nasza rejonowa (dojazd 6 minut zamiast 40...), no i do jednej klasy z najlepszym przyjacielem ze szkoły muzycznej (który notabene zdał egzaminy wstępne na 100%, a też nie dostał się do tejże pobliskiej podstawówki "z braku miejsc").
czy na tym koniec zmartwień? och nie. w międzyczasie tysiąc pińcet spraw do załatwienia, a dziś wyszły wstępne wyniki konkursu na stypendia doktoranckie. nie powiem, projekt w ciągu ostatnich miesięcy bardzo dopracowany i poszło mi lepiej, niż rok temu - tym razem jestem na drugim (a nie ósmym) miejscu pod kreską i zabrakło mi 0,022 (a nie 0,125) punktu do minimalnej punktacji, która kwalifikuje do programu stypendialnego. dwadzieścia dwie tysiączne punktu. czysta abstrakcja :) istnieje jednakowoż tryb odwoławczy, z którego tym razem zamierzam skorzystać w ustawowym terminie dziesięciu dni roboczych, albowiem stwierdziłyśmy zgodnie z moja promotorką, że jest o co walczyć.
co wynika z tego wszystkiego? otóż wynika z tego, że nadal jeszcze nie jestem na wakacjach, które mi się należą jak psu zupa. jestem za to nieco w polu, jeśli chodzi o pisanie ostatniej ostatniutkiej pracy zamykającej drugi rok. a trzeba by tę pracę urodzić, zanim skończy się lato i przyjdzie czas wpisywać się na rok trzeci.
ech. damy radę. za dwa tygodnie lecimy o polski. pierogi czekają :D
rok szkolny się skończył, na szczęście, bo jeszcze jeden taki miesiąc i widzielibyśmy się w tworkach. ale i to zakończenie lekkie nie było.
dziecko starsze, jako uczone w domu, musiało zdać obowiązkowe egzaminy na koniec czwartej klasy, czytaj: matka niemal osiwiała z nerw, wyobrażając sobie, jako to synek pomija na teście dwie strony przez nieuwagę, myli ruch obrotowy ziemi z ruchami robaczkowymi jelit itp. tymczasem syneczek wynudził się na egzaminach, bo pisał przez 40 minut, a pozostałe 50 bazgrał po brudnopisach, składał samoloty z papieru oraz gawędził z pilnującymi go nauczycielkami. na koniec okazało się, że zdał skubaniec wszystko na piąteczki, oprócz czwórczyny z plastyki - ale to mu wybaczę.
do tego musiał zdać egzaminy na koniec tzw. pierwszego cyklu, żeby móc nadal uczęszczać do szkoły muzycznej - i tu go matka straszyła, że jak nie będzie ćwiczył, to egzaminów nie zda, a wtedy umieszczą go w zwykłej szkole, która nam przypada z tytułu rejonizacji, a do której syńcio strasznie chodzić nie chciał (np. dlatego, że daleko i musiałby dojeżdżać atubusem). i tutaj skubaniec matkę zaskoczył, bo zdał na piąteczkę (90%).
i co? i gówno. dostał się do szkoły muzycznej "na pełen etat" (zgodnie z planem), ale nie dostał się do sąsiadującej z nią podstawówki "z braku miejsc". więc system automatycznie przypisał go do tej szkoły, którą przez rok go straszyliśmy... myślałam, że ducha wyzionę, jak zobaczyłam listę nazwisk.
kolejny tydzień spędziłam na przeszukiwaniu bazy danych przepisów regulujących tryb przyjmowania dzieci do szkół, pisaniu odwołań, otrzymywaniu odpowiedzi negatywnych na odwołania, a potem jeszcze na wymianie korespondencji i telefonach do trzech różnych szkół zamieszanych w cały ten prodecer... aż udało mi się przenieść syna do szkoły co prawda nie tak bardzo bliskiej szkole muzycznej, ale wciąż duuużo bliższej niż nasza rejonowa (dojazd 6 minut zamiast 40...), no i do jednej klasy z najlepszym przyjacielem ze szkoły muzycznej (który notabene zdał egzaminy wstępne na 100%, a też nie dostał się do tejże pobliskiej podstawówki "z braku miejsc").
czy na tym koniec zmartwień? och nie. w międzyczasie tysiąc pińcet spraw do załatwienia, a dziś wyszły wstępne wyniki konkursu na stypendia doktoranckie. nie powiem, projekt w ciągu ostatnich miesięcy bardzo dopracowany i poszło mi lepiej, niż rok temu - tym razem jestem na drugim (a nie ósmym) miejscu pod kreską i zabrakło mi 0,022 (a nie 0,125) punktu do minimalnej punktacji, która kwalifikuje do programu stypendialnego. dwadzieścia dwie tysiączne punktu. czysta abstrakcja :) istnieje jednakowoż tryb odwoławczy, z którego tym razem zamierzam skorzystać w ustawowym terminie dziesięciu dni roboczych, albowiem stwierdziłyśmy zgodnie z moja promotorką, że jest o co walczyć.
co wynika z tego wszystkiego? otóż wynika z tego, że nadal jeszcze nie jestem na wakacjach, które mi się należą jak psu zupa. jestem za to nieco w polu, jeśli chodzi o pisanie ostatniej ostatniutkiej pracy zamykającej drugi rok. a trzeba by tę pracę urodzić, zanim skończy się lato i przyjdzie czas wpisywać się na rok trzeci.
ech. damy radę. za dwa tygodnie lecimy o polski. pierogi czekają :D
piątek, 24 maja 2019
przegląd literatury
tak na szybko, szybciuchno:
robię przegląd literatury do części teoretycznej doktoratu. to na razie niewielki wycinek, ale kosztuje wiele pracy. i otóż przeglądam, co mi wyskakuje w bazach danych pod moimi hasłami, czytam abstrakty i chwilami oczom nie wierzę.
wczoraj na ten przykład wlazł mi przed oczy artykuł, w którym amerykańska autorka broni tezy, jakoby nastolatki lgtb były znacznie bardziej narażone na niechcianą ciążę, niż średnia nastolatków (jak wiemy, z natury durnowatych i szarpanych przez wichry hormonów).
jakżeż to??? - zapytuję, rewidując w myśli naprędce to wszytko, co wiedziałam o ludzkiej reprodukcji w powiązaniu z orientacją seksualną - i czy miała na myśli jedynie dziewczęta, czy również chłopców? (bo akurat w abstrakcie nie precyzuje)
wracam do czytania abstraktów...
robię przegląd literatury do części teoretycznej doktoratu. to na razie niewielki wycinek, ale kosztuje wiele pracy. i otóż przeglądam, co mi wyskakuje w bazach danych pod moimi hasłami, czytam abstrakty i chwilami oczom nie wierzę.
wczoraj na ten przykład wlazł mi przed oczy artykuł, w którym amerykańska autorka broni tezy, jakoby nastolatki lgtb były znacznie bardziej narażone na niechcianą ciążę, niż średnia nastolatków (jak wiemy, z natury durnowatych i szarpanych przez wichry hormonów).
jakżeż to??? - zapytuję, rewidując w myśli naprędce to wszytko, co wiedziałam o ludzkiej reprodukcji w powiązaniu z orientacją seksualną - i czy miała na myśli jedynie dziewczęta, czy również chłopców? (bo akurat w abstrakcie nie precyzuje)
wracam do czytania abstraktów...
niedziela, 6 stycznia 2019
i oto styczeń, miesiąc mocnych postanowień
moi drodzy, zaniedbałam się z tym blogiem, przyznaję i biję się w mleczne piersi. czasu nie starcza na nic, najmłodsze dziecko nauczyło się przemieszczać po domu z prędkością światła (preferowane kierunki: schody na piętro, kominek, regał z książkami matki), konfitury pomarańczowe przypalają się na kuchence, a tu jeszcze trzeba by przytachać słoiki z garażu, doktorat macha z półki ogonem, były mąż śle skargi do sądu rodzinnego, komisji ochrony nieletnich oraz prokuratury, słowem - dzieje się, dzieje...
ale po kolei.
byliśmy na wakacjach w polsce, przejazd samochodem z trójka dzieci przez całą europę był co najmniej ekscytujący.
zapamiętałam z hiszpanii:
jak mąż przejechał potrąconego psa albo wilka, cholera wie, duże to było. huknęło, samochodem zarzuciło, obudziłam się z wrzaskiem i aż do polski coś nam telepało pod maską, powodując u mnie narastający stres - staniemy, nie staniemy, staniemy, nie staniemy - a w polsce za 10 zeta miły mechanik dogiął wykrzywioną osłonkę czegośtam i przestało telepać; smaczny, tani obiad w kraju basków, w porze sjesty, w jedynej otwartej piwiarni w centrum handlowym, gdzie kelnerzy chodzili, mówili i obsługiwali z taką atencją (i jedna ręka zawsze elegancko za plecami!), jakbyśmy jedli w jakimś ritzu albo innym ekskluzywnym lokalu. był to na naszej trasie jedyny kraj i język, któregośmy za cholerę nie rozumieli, co nie przeszkodziło nam w swobodnym dogadaniu się portuniolem.
z francji:
śmierdzące, brudne publiczne łazienki (centra handlowe, stacje benzynowe, parkingi), za wyjątkiem czyściuchnych łazienek na leśnych parkingach po francuskiej stronie kraju basków. zamalowane na czarno radary przy drogach krajowych, na których do niedawna ograniczenie było 90, a teraz jest 70. lud francuski okazał frustrację na długo przed żółtymi kamizelkami. śniadanie w krzaczorach nad sekwaną. bardzo fajne muzeum komiksu i miasteczko kosmiczne, które zafascynowało młodych.
z luksemburga: tanie paliwo, kręte drogi, oświetlone autostrady i kibelek w supermarkecie za 80 centów..
z belgii: jakieś liczne remonty na autostradach i belgów jadących karnie 2 km poniżej limitu.
z niemiec: absolutne speedowanie na autostradach i szary deszczowy krajobraz (akurat się nam trafiło na podróż). przystanek u rodziców - zawsze super.
z polski - ech, tego nie da się w trzech zdaniach :D cudownie, rodzinnie, szalenie, wesoło, za krótko.
we wrześniu wróciliśmy do starego kieratu, z tą różnicą, że od września chłopcy są w nauczaniu domowym, co z jednej strony obciążyło dodatkowo mój i tak już pękający w szwach grafik, ale jednocześnie dało nam wszystkim trochę luzu, a młodym przede wszystkim czasu na zabawę, byczenie się i normalne dzieciństwo.
sylwestra świętowaliśmy w domu - męska część rodziny oglądała spiraconego aquamana, żeńska młodsza spała słodko mimo fajerwerków, a matka przy komuterze płodziła zaległe dokumenty. o północy zapaliliśmy ogieńki bengalskie (d. dostał w chińskim sklepie tylko numerki 3, 4, 6 i 8 - ważne, że się iskrzyło), obejrzeliśmy wioskowe petardy, zapomnieliśy wznieść toast i zjeść rodzynki, ale za to nie staliśmy w korkach, nie szukaliśmy miejsc parkingowych, nie zmarzliśmy. jak dla mnie - sylwester idealny, w dresach i skarpetkach.
postanowień noworocznych nie mam, bo zapomniałam poczynić. za to chałupa wysprzątana na wysoki połysk, jak od dekady nie była. tak, teściowie przyjechali na święta :)
nawet mój pokój do pracy przeszedł metamorfozę - wszystko posegregowane, poukładane, odkurzone. artystyczny nieład odszedł w siną dal. nadal tylko ja wiem, co gdzie w domu leży.
jest środek zimy, portugalię dopadły przymrozki i ludzie strasznie cierpią w niedogrzanych (a najczęściej w ogóle nieogrzewanych) domach. u nas po polsku, cieplutko i przytulnie. młodzi śpią w majtach i ganiają po domu na bosaka. młoda raczkująca namiętnie gubi skarpety.
a skoro o młodej mowa - zbudziła się właśnie z drzemki, więc koniec laby, czujność wzmożona, dziecko pełza pod nogami i znienacka wyciąga książki z półek.
ale po kolei.
byliśmy na wakacjach w polsce, przejazd samochodem z trójka dzieci przez całą europę był co najmniej ekscytujący.
zapamiętałam z hiszpanii:
jak mąż przejechał potrąconego psa albo wilka, cholera wie, duże to było. huknęło, samochodem zarzuciło, obudziłam się z wrzaskiem i aż do polski coś nam telepało pod maską, powodując u mnie narastający stres - staniemy, nie staniemy, staniemy, nie staniemy - a w polsce za 10 zeta miły mechanik dogiął wykrzywioną osłonkę czegośtam i przestało telepać; smaczny, tani obiad w kraju basków, w porze sjesty, w jedynej otwartej piwiarni w centrum handlowym, gdzie kelnerzy chodzili, mówili i obsługiwali z taką atencją (i jedna ręka zawsze elegancko za plecami!), jakbyśmy jedli w jakimś ritzu albo innym ekskluzywnym lokalu. był to na naszej trasie jedyny kraj i język, któregośmy za cholerę nie rozumieli, co nie przeszkodziło nam w swobodnym dogadaniu się portuniolem.
z francji:
śmierdzące, brudne publiczne łazienki (centra handlowe, stacje benzynowe, parkingi), za wyjątkiem czyściuchnych łazienek na leśnych parkingach po francuskiej stronie kraju basków. zamalowane na czarno radary przy drogach krajowych, na których do niedawna ograniczenie było 90, a teraz jest 70. lud francuski okazał frustrację na długo przed żółtymi kamizelkami. śniadanie w krzaczorach nad sekwaną. bardzo fajne muzeum komiksu i miasteczko kosmiczne, które zafascynowało młodych.
z luksemburga: tanie paliwo, kręte drogi, oświetlone autostrady i kibelek w supermarkecie za 80 centów..
z belgii: jakieś liczne remonty na autostradach i belgów jadących karnie 2 km poniżej limitu.
z niemiec: absolutne speedowanie na autostradach i szary deszczowy krajobraz (akurat się nam trafiło na podróż). przystanek u rodziców - zawsze super.
z polski - ech, tego nie da się w trzech zdaniach :D cudownie, rodzinnie, szalenie, wesoło, za krótko.
we wrześniu wróciliśmy do starego kieratu, z tą różnicą, że od września chłopcy są w nauczaniu domowym, co z jednej strony obciążyło dodatkowo mój i tak już pękający w szwach grafik, ale jednocześnie dało nam wszystkim trochę luzu, a młodym przede wszystkim czasu na zabawę, byczenie się i normalne dzieciństwo.
sylwestra świętowaliśmy w domu - męska część rodziny oglądała spiraconego aquamana, żeńska młodsza spała słodko mimo fajerwerków, a matka przy komuterze płodziła zaległe dokumenty. o północy zapaliliśmy ogieńki bengalskie (d. dostał w chińskim sklepie tylko numerki 3, 4, 6 i 8 - ważne, że się iskrzyło), obejrzeliśmy wioskowe petardy, zapomnieliśy wznieść toast i zjeść rodzynki, ale za to nie staliśmy w korkach, nie szukaliśmy miejsc parkingowych, nie zmarzliśmy. jak dla mnie - sylwester idealny, w dresach i skarpetkach.
postanowień noworocznych nie mam, bo zapomniałam poczynić. za to chałupa wysprzątana na wysoki połysk, jak od dekady nie była. tak, teściowie przyjechali na święta :)
nawet mój pokój do pracy przeszedł metamorfozę - wszystko posegregowane, poukładane, odkurzone. artystyczny nieład odszedł w siną dal. nadal tylko ja wiem, co gdzie w domu leży.
jest środek zimy, portugalię dopadły przymrozki i ludzie strasznie cierpią w niedogrzanych (a najczęściej w ogóle nieogrzewanych) domach. u nas po polsku, cieplutko i przytulnie. młodzi śpią w majtach i ganiają po domu na bosaka. młoda raczkująca namiętnie gubi skarpety.
a skoro o młodej mowa - zbudziła się właśnie z drzemki, więc koniec laby, czujność wzmożona, dziecko pełza pod nogami i znienacka wyciąga książki z półek.
środa, 30 maja 2018
chrzest i I komunia
tyle przygotowań miesiące przed i oto dziateczki odbyły swoje ceremonie: jedno zostało ochrzczone, drugie przystąpiło do pierwszej komunii. za dwa lata przyjdzie kolej na króla juliana, który już teraz zastanawia się, w jakich butach przystąpi do pierwszej komunii :D
w naszej wesołej parafii (nawet email parafii brzmi "wesoła parafia") celebruje się na wesoło, więc łączonej uroczystości towarzyszyły wybuchy śmiechu, na przemian z chwilami wzruszenia. dwoje chrzczonych dzieci było w wieku dość zaawansowanym - 9 i 10 lat - takie to lokalne zwyczaje. zosia przyjęła polewanie głowy wodą z jordanu ze stoickim spokojem, przesypiając z godnością większość mszy świętej. nie poszła, na szczęście, za przykładem najstarszego brata, który w momencie rozpoczęcia rytuału chrztu ukupsał się po pachy i w związku z tym przez całą uroczystość darł się wniebogłosy, a uspokoił się dopiero, gdy na koniec go przebrałam.
potem nastąpiło małe zamieszanie z restauracją i podstępnym odebraniem nam jednego z trzech zarezerwowanych stolików, ale koniec końcem obyło się bez rozlewu krwi, za to ze znaczną zniżką i szampanem od kierownika restauracji na przeprosiny.
po krótkiej przerwie siedzę zatem znowu w książkach. przez trzy kolejne piątki zaliczam prezentacje z kolejnych przedmiotów, potem oddaję 4 prace pisemne i gdzieś w lipcu mam jeden egzamin. chyba przeżyjemy :-) acz chodzić będziemy na rzęsach.
a potem - w połowie czerwca - urządzamy chłopakom urodziny w sprawdzonym formacie: w parczku wioskowym, z piknikiem, w licznym gronie kolegów szkolnych i pozaszkolnych, z grami, zabawami, supertortem, na luzie i bez stresu. działa zawsze bez pudła, a koszty minimalne.
i w chwile później - wakacje! hurraaaa!!!!
w naszej wesołej parafii (nawet email parafii brzmi "wesoła parafia") celebruje się na wesoło, więc łączonej uroczystości towarzyszyły wybuchy śmiechu, na przemian z chwilami wzruszenia. dwoje chrzczonych dzieci było w wieku dość zaawansowanym - 9 i 10 lat - takie to lokalne zwyczaje. zosia przyjęła polewanie głowy wodą z jordanu ze stoickim spokojem, przesypiając z godnością większość mszy świętej. nie poszła, na szczęście, za przykładem najstarszego brata, który w momencie rozpoczęcia rytuału chrztu ukupsał się po pachy i w związku z tym przez całą uroczystość darł się wniebogłosy, a uspokoił się dopiero, gdy na koniec go przebrałam.
potem nastąpiło małe zamieszanie z restauracją i podstępnym odebraniem nam jednego z trzech zarezerwowanych stolików, ale koniec końcem obyło się bez rozlewu krwi, za to ze znaczną zniżką i szampanem od kierownika restauracji na przeprosiny.
po krótkiej przerwie siedzę zatem znowu w książkach. przez trzy kolejne piątki zaliczam prezentacje z kolejnych przedmiotów, potem oddaję 4 prace pisemne i gdzieś w lipcu mam jeden egzamin. chyba przeżyjemy :-) acz chodzić będziemy na rzęsach.
a potem - w połowie czerwca - urządzamy chłopakom urodziny w sprawdzonym formacie: w parczku wioskowym, z piknikiem, w licznym gronie kolegów szkolnych i pozaszkolnych, z grami, zabawami, supertortem, na luzie i bez stresu. działa zawsze bez pudła, a koszty minimalne.
i w chwile później - wakacje! hurraaaa!!!!
poniedziałek, 14 maja 2018
telenowela trwa
otóż tak, zupełnie niespodziewanie udało się sądowi orzec rozwód. byłam w głębokim szoku, gdyż ani grypa protokolantki, ani przerwa w dostawie prądu, ani najazd kosmitów nie udaremniły sądowi wydania stosownego orzeczenia podczas piętnastominutowej rozprawy, z klauzulą natychmiastowej wykonalności, gdyż żadna ze stron nie miała zamiaru się od wyroku odwoływać.
...a potem nastąpiła ponaddwugodzinna rozprawa na okoliczność mojej zeszłorocznej skargi na uniemożliwianie nam przez byłego męża wyjazdów wakacyjnych do polski (lub w ogóle gdziekolwiek). były z właściwą sobie fantazją i werwą argumentował, iż jak tylko przekroczymy granicę portugalską, dzieci rozpłyną się w powietrzu, zostaną uprowadzone, ukryte, itp., itd. nie docierał do niego znany ogółowi ludności fakt, że w schengen nie ma kontroli granicznej i jeśli zapragnęłabym ukryć się w radomiu lub wąchocku, nic prostszego, jak wsiąść w samochód - nikt nas nie zatrzyma - i po 2.5h jesteśmy w hiszpanii, a na drugi dzień już w polsce (tym dzikim kraju, gdzie "zamiast wina piją alkohol", jak stwierdził jeden geniusz, świadek powołany przez byłego w procesie, pan o bardzo małym rozumku, niemający pojecia, gdzie leży polska i w jakim tam się mówi języku).
skończyło się na tym, że po raz kolejny zgody na nasze wakacje udzielił sąd wraz z prokuratorem (kuratorem nieletnich w procesach rodzinnych). Pakujmy zatem w sierpniu wszystkie dzieci do walizek i jedziemy na 3 tygodnie w rodzinne strony.
aby równowaga została zachowana, były mąż złożył na mnie donos do "komisji ochrony dzieci i młodzieży [znajdujących/ej się w niebezpieczeństwie]", na okoliczność "zagrożenia zdrowia publicznego poprzez prowadzane do szkoły dzieci z nietypowym zapaleniem płuc.
dowcip polega na tym, że zapalenia płuc nie było. lekarz na dyżurze w prywatnym szpitalu, do którego były namiętnie ciąga młodych co drugi weekend o północy, wobec braku jakichkolwiek symptomów i wobec braku śladów jakiejkolwiek infekcji w wykonanych badaniach (wiem, bo wyciągnęłam ze szpitala kopie wszystkich procesów klinicznych moich dzieci), za to przy dramatycznym opisie straszliwych objawów, które, jak utrzymuje ojciec, rzekomo towarzyszą dzieciom na co dzień, od ponad trzech lat, czyli odkąd mieszkają z matką - orzekł, że skoro objawów brak, a w badaniach nic, to zaryzykuje diagnozę "nietypowe zapalenie płuc" i przepisze młodym na wszelki wypadek antybiotyk.
i tu wątek się zagęszcza, bo ja parę dni wcześnej byłam z nimi u rodzinnego ("płuca czyste, uszy czyste, gardło lekko zaczerwienione i katar - brać syrop na kaszel i smarować plecy wickiem"), a w poniedziałek po powrocie młodych z weekendu u ojca i po diagnozie tegoż tajemniczego zapalenia płuc, pojechałam na pediatrię do szpitala - i tam również pani doktor stwierdziła, że żadnego zapalenia płuc nie widzi, podejrzewa natomiast wirusówkę, jako że młodzi od dwóch dni mieli sraczkę i któryś tam się raz porzygał. stosowne diagnozy mam na piśmie wraz z pieczątką szpitala.
przewoduję zatem ciekawy dialog na jutrzejszym spotkaniu z przedstawicielką cpcj (czyli ww. komisji), bo ciekawam doprawdy, jakąż to interwencję celem ochrony dzieci przewiduje komisja w takich przypadkach jak nasz...
jest na to nawet nazwa fachowa: münchhausen syndrom by proxy. jak kto ciekawy, niech sobie poczyta w necie. tak czy inaczej, nie nudzimy sie :) co powiedziawszy, wracam do kucia, bo sesja tuż-tuż...
...a potem nastąpiła ponaddwugodzinna rozprawa na okoliczność mojej zeszłorocznej skargi na uniemożliwianie nam przez byłego męża wyjazdów wakacyjnych do polski (lub w ogóle gdziekolwiek). były z właściwą sobie fantazją i werwą argumentował, iż jak tylko przekroczymy granicę portugalską, dzieci rozpłyną się w powietrzu, zostaną uprowadzone, ukryte, itp., itd. nie docierał do niego znany ogółowi ludności fakt, że w schengen nie ma kontroli granicznej i jeśli zapragnęłabym ukryć się w radomiu lub wąchocku, nic prostszego, jak wsiąść w samochód - nikt nas nie zatrzyma - i po 2.5h jesteśmy w hiszpanii, a na drugi dzień już w polsce (tym dzikim kraju, gdzie "zamiast wina piją alkohol", jak stwierdził jeden geniusz, świadek powołany przez byłego w procesie, pan o bardzo małym rozumku, niemający pojecia, gdzie leży polska i w jakim tam się mówi języku).
skończyło się na tym, że po raz kolejny zgody na nasze wakacje udzielił sąd wraz z prokuratorem (kuratorem nieletnich w procesach rodzinnych). Pakujmy zatem w sierpniu wszystkie dzieci do walizek i jedziemy na 3 tygodnie w rodzinne strony.
aby równowaga została zachowana, były mąż złożył na mnie donos do "komisji ochrony dzieci i młodzieży [znajdujących/ej się w niebezpieczeństwie]", na okoliczność "zagrożenia zdrowia publicznego poprzez prowadzane do szkoły dzieci z nietypowym zapaleniem płuc.
dowcip polega na tym, że zapalenia płuc nie było. lekarz na dyżurze w prywatnym szpitalu, do którego były namiętnie ciąga młodych co drugi weekend o północy, wobec braku jakichkolwiek symptomów i wobec braku śladów jakiejkolwiek infekcji w wykonanych badaniach (wiem, bo wyciągnęłam ze szpitala kopie wszystkich procesów klinicznych moich dzieci), za to przy dramatycznym opisie straszliwych objawów, które, jak utrzymuje ojciec, rzekomo towarzyszą dzieciom na co dzień, od ponad trzech lat, czyli odkąd mieszkają z matką - orzekł, że skoro objawów brak, a w badaniach nic, to zaryzykuje diagnozę "nietypowe zapalenie płuc" i przepisze młodym na wszelki wypadek antybiotyk.
i tu wątek się zagęszcza, bo ja parę dni wcześnej byłam z nimi u rodzinnego ("płuca czyste, uszy czyste, gardło lekko zaczerwienione i katar - brać syrop na kaszel i smarować plecy wickiem"), a w poniedziałek po powrocie młodych z weekendu u ojca i po diagnozie tegoż tajemniczego zapalenia płuc, pojechałam na pediatrię do szpitala - i tam również pani doktor stwierdziła, że żadnego zapalenia płuc nie widzi, podejrzewa natomiast wirusówkę, jako że młodzi od dwóch dni mieli sraczkę i któryś tam się raz porzygał. stosowne diagnozy mam na piśmie wraz z pieczątką szpitala.
przewoduję zatem ciekawy dialog na jutrzejszym spotkaniu z przedstawicielką cpcj (czyli ww. komisji), bo ciekawam doprawdy, jakąż to interwencję celem ochrony dzieci przewiduje komisja w takich przypadkach jak nasz...
jest na to nawet nazwa fachowa: münchhausen syndrom by proxy. jak kto ciekawy, niech sobie poczyta w necie. tak czy inaczej, nie nudzimy sie :) co powiedziawszy, wracam do kucia, bo sesja tuż-tuż...
niedziela, 29 kwietnia 2018
tru-tu-tu-tu! (fanfary)
zapomniałam się pochwalić, a właściwie publicznie pochwalić młodszego syna, alias króla juliana, który zdał pięknie egzaminy wstępne do państwowej szkoły muzycznej, a w związku z tym od września zaczyna pobieranie nauk w klasie trąbki.
będziemy mieć zatem w domu skrzypka, perkusistę i trębacza. zośka jak na razie wykazuje pewne talenty wokalne, ale używa ich w ścisle określonym celu zdobycia cycka i wymożenia noszenia na rękach w pionie, skąd można obserwować życie rodzinne, bo horyzontalnie z pozycji kanapy to zdecydowanie no fun.
uchowałam się ja jedna dyletantka muzyczna, ale jako że zadeklarowałam, iż w dzieciństwie pobierałam lekcje gry na pianinie, józik mi teraz nie odpuszcza, bo jak wszyscy to wszyscy, matka też ma grać (i ćwiczyć, godzinami ćwiczyć...). odpowiadam wymijająco, że tak, owszem, z przyjemnością, jak już zaliczę rok i będę miała czas siąść przy pianinie w celu innym niż okresowe odkurzenie klawiatury.
a do końca roku i egzaminów już tylko 2 miesiące, minie w okamgnieniu, a potem już upragnione WAKACJE!!!
będziemy mieć zatem w domu skrzypka, perkusistę i trębacza. zośka jak na razie wykazuje pewne talenty wokalne, ale używa ich w ścisle określonym celu zdobycia cycka i wymożenia noszenia na rękach w pionie, skąd można obserwować życie rodzinne, bo horyzontalnie z pozycji kanapy to zdecydowanie no fun.
uchowałam się ja jedna dyletantka muzyczna, ale jako że zadeklarowałam, iż w dzieciństwie pobierałam lekcje gry na pianinie, józik mi teraz nie odpuszcza, bo jak wszyscy to wszyscy, matka też ma grać (i ćwiczyć, godzinami ćwiczyć...). odpowiadam wymijająco, że tak, owszem, z przyjemnością, jak już zaliczę rok i będę miała czas siąść przy pianinie w celu innym niż okresowe odkurzenie klawiatury.
a do końca roku i egzaminów już tylko 2 miesiące, minie w okamgnieniu, a potem już upragnione WAKACJE!!!
środa, 25 kwietnia 2018
drugi semestr w pełni, sesja za progiem...
już nie wiem, w co ręce włożyć, rzeczywistość mi się nieco zagęściła.
pierwszy semestr minął jak sen jaki złoty, zostały po nim jedynie kujońskie oceny, które napawają mnie bezbrzeżną dumą. w drugim semestrze harmonogramy zajęć tak napięte, że tylko siła woli i wrodzona inercja chronią mnie przed popadnięciem w depresję/ w panikę (niepotrzebne skreślić). stosuje zasadę "um dia de cada vez", czyli krok po kroku i nigdy zbyt wiele na raz, i na razie jakoś jeszcze nie zwariowałam.
rozbroił mnie jednakowoż moj lekarz rodzinny (kawaler, młodszy ode mnie o jakieś pięć lat) na wizycie kontrolnej poporodowej: pani kociu, niech pani uważa, doktorat jest zabójczy dla związków. doktoranci mają tyle roboty, jeśli chcą wszystko zamknąć w terminie, że rodzina i partner schodzą na drugi plan, i kończy się rozwodami...
zapodałam temat na kolejnych zajęciach z naszą profesor prowadzącą, na co ona zastanowiła się chwilę i stwierdziła: no patrz, rzeczywiście! i ja, i wszystkie znane mi koleżanki rozwiodły się jeszcze przed obroną doktoratu! a nie, czekaj! kasiu (zwróciła się do goszczącej na zajęciach młodej naukowczyni), ty się nie rozwiodłaś, prawda? kasia: nie, nie rozwiodłam się, ale ja się nie liczę, bo mojego męża nigdy nie ma, on nawet nie zauważył, że napisałam i obroniłam doktorat...
i tak to optymistycznie w temacie rozwodów, z czego podobno mój osobisty, bez związku z doktoratem, ma być orzeczony w najbliższy poniedziałek, ale nie uwierzę, dopóki nie zobaczę, bo wielokrotnie mnie już zaskoczył portugalski wymiar sprawiedliwości w ciągu ostatnich czterech lat.
poza tym dzieciny rosną, z czego dwaj starsi wzwyż, a najmłodsza głównie wszerz, zwiększając ilość podbródków. noce przesypiamy, w ciągu dnia filarem organizacji jest babka, tytan pracy, która przejęła dom, a przede wszystkim kuchnię, pralkę i żelazko, w ziwązku z czym nie przymieramy głodem, bo ja bym ze wszystkim nie dała rady za chiny ludowe.
a skoro mowa o niedawaniu rady - wracam do moich lektur, z których pilnie coś się musi urodzić, jeśli mi miłe kujońskie (albo w ogóle pozytywne) oceny z metodologii i innych zajęć.
pierwszy semestr minął jak sen jaki złoty, zostały po nim jedynie kujońskie oceny, które napawają mnie bezbrzeżną dumą. w drugim semestrze harmonogramy zajęć tak napięte, że tylko siła woli i wrodzona inercja chronią mnie przed popadnięciem w depresję/ w panikę (niepotrzebne skreślić). stosuje zasadę "um dia de cada vez", czyli krok po kroku i nigdy zbyt wiele na raz, i na razie jakoś jeszcze nie zwariowałam.
rozbroił mnie jednakowoż moj lekarz rodzinny (kawaler, młodszy ode mnie o jakieś pięć lat) na wizycie kontrolnej poporodowej: pani kociu, niech pani uważa, doktorat jest zabójczy dla związków. doktoranci mają tyle roboty, jeśli chcą wszystko zamknąć w terminie, że rodzina i partner schodzą na drugi plan, i kończy się rozwodami...
zapodałam temat na kolejnych zajęciach z naszą profesor prowadzącą, na co ona zastanowiła się chwilę i stwierdziła: no patrz, rzeczywiście! i ja, i wszystkie znane mi koleżanki rozwiodły się jeszcze przed obroną doktoratu! a nie, czekaj! kasiu (zwróciła się do goszczącej na zajęciach młodej naukowczyni), ty się nie rozwiodłaś, prawda? kasia: nie, nie rozwiodłam się, ale ja się nie liczę, bo mojego męża nigdy nie ma, on nawet nie zauważył, że napisałam i obroniłam doktorat...
i tak to optymistycznie w temacie rozwodów, z czego podobno mój osobisty, bez związku z doktoratem, ma być orzeczony w najbliższy poniedziałek, ale nie uwierzę, dopóki nie zobaczę, bo wielokrotnie mnie już zaskoczył portugalski wymiar sprawiedliwości w ciągu ostatnich czterech lat.
poza tym dzieciny rosną, z czego dwaj starsi wzwyż, a najmłodsza głównie wszerz, zwiększając ilość podbródków. noce przesypiamy, w ciągu dnia filarem organizacji jest babka, tytan pracy, która przejęła dom, a przede wszystkim kuchnię, pralkę i żelazko, w ziwązku z czym nie przymieramy głodem, bo ja bym ze wszystkim nie dała rady za chiny ludowe.
a skoro mowa o niedawaniu rady - wracam do moich lektur, z których pilnie coś się musi urodzić, jeśli mi miłe kujońskie (albo w ogóle pozytywne) oceny z metodologii i innych zajęć.
czwartek, 4 stycznia 2018
problemy onomastyczne
piszę sobie dzielnie trzecią z czterech semestralnych prac zaliczeniowych. czytam, szukam, myślę. jako że pedagogika to żyzne pole, temat sobie wybrałam z pogranicza praw człowieka, obywatelstwa i uczestnictwa vs. wykluczenia w różnorakich kontekstach. a życie samo sypie przykładami :-)
otóż zaszłam, nomen omen, dziś sobie do punktu ksero oddać książkę do spiracenia (nikt tu nie rozrywa szat nad prawami autorskimi, a czasem trafi się dobra książka, której w obiegu już nie ma, w necie nie znajduję, a warto mieć do późniejszych konsultacji). tym razem obsługuje mnie inna pani niż zwykle - bierze ode mnie książkę, zapisuje na karteczce, jak ma być skserowana i jak oprawiona, a potem - kiedy zwyczajowo chcę jej podać moje imię do odbioru książki - stwierdza, że lepiej nie, bo to na pewno imię zagraniczne.
hę? że co, że nie zapisze mojego imienia, bo jest zagraniczne?
w pierwszej chwili nie zrozumiałąm, o co jej chodzi, potem zaczęłam się śmiać - bo co, jak nie chce zapisać zagranicznego imienia, to może niech mi lepiej nada numerek? były już takie pomysły, ale o tym nie uczą zbyt intensywnie w portugalskiej szkole. w końcu podałam jej moje stare, biblijne, hebrajskie imię i pani odetchnęła z ulgą: ach, w końcu nie takie zagraniczne to imię, całkiem portugalskie.
tak, portugalskie. biblię też pisali portugalczycy. i arkę noego - zagorzałęgo fana benfiki - też budowali, w końcu te tradycje żeglarskie nie wzięły się ot tak znikąd.
to tak jak sympatyczny pan w banku parę tygodni temu, widząc ze mną mojego blondwłosego niebieskookiego józia, zwrócił się do niego z uśmiechem: jesteś stuprocentowym portugalczykiem, prawda?
a ja na to: nie, gwoli ścisłości mój syn jest portugalczykiem w 33,33%, bo jeśli dzielić, to po równo. albo posiada nadmiar obywatelstw, bo aż 300%.
jakby się tak porządniej zastanowić, to takich sytuacji zdarzają nam się setki w skali roku. zazwyczaj są to przypadki motywowane życzliwą, acz bezbrzeżną ignorancją, co nie zmienia faktu, że ja - matka z dumnie używanym obcym akcentem - i oni - moi synowie o niekoniecznie południowej urodzie, za to z bezbłędnym akcentem lokalnym i takoż lokalnym nazwiskiem - jesteśmy z automatu klasyfikowani jako "obcy". a w gruncie rzeczy rozmówca g... wie na temat tego, co mam wpisane w dowodzie i jaki jest mój status.
oraz - jak wywodzę z moich ostatnich lektur, obywatelstwo i uczestnictwo nie sprowadza się do prawa do głosowania w wyborach prezydenckich czy parlamentarnych, a posiadanie praw wyborczych nie oznacza wolności od innych form wykluczenia, dyskryminacji i ograniczania w praktyce praw obywatelskich całkiem rasowych obywateli :-)
takoż i nie przejmuję się za bardzo. do prywatnej satysfakcji wystarczy mi to, że moje dzieci mówią w języku matczystym bez krępacji i prywatnie, i w miejscach publicznych, w tym - w szkole, a zagadnięte odpowiadają z dumą: ja umiem mówić po polsku i po portugalsku.
otóż zaszłam, nomen omen, dziś sobie do punktu ksero oddać książkę do spiracenia (nikt tu nie rozrywa szat nad prawami autorskimi, a czasem trafi się dobra książka, której w obiegu już nie ma, w necie nie znajduję, a warto mieć do późniejszych konsultacji). tym razem obsługuje mnie inna pani niż zwykle - bierze ode mnie książkę, zapisuje na karteczce, jak ma być skserowana i jak oprawiona, a potem - kiedy zwyczajowo chcę jej podać moje imię do odbioru książki - stwierdza, że lepiej nie, bo to na pewno imię zagraniczne.
hę? że co, że nie zapisze mojego imienia, bo jest zagraniczne?
w pierwszej chwili nie zrozumiałąm, o co jej chodzi, potem zaczęłam się śmiać - bo co, jak nie chce zapisać zagranicznego imienia, to może niech mi lepiej nada numerek? były już takie pomysły, ale o tym nie uczą zbyt intensywnie w portugalskiej szkole. w końcu podałam jej moje stare, biblijne, hebrajskie imię i pani odetchnęła z ulgą: ach, w końcu nie takie zagraniczne to imię, całkiem portugalskie.
tak, portugalskie. biblię też pisali portugalczycy. i arkę noego - zagorzałęgo fana benfiki - też budowali, w końcu te tradycje żeglarskie nie wzięły się ot tak znikąd.
to tak jak sympatyczny pan w banku parę tygodni temu, widząc ze mną mojego blondwłosego niebieskookiego józia, zwrócił się do niego z uśmiechem: jesteś stuprocentowym portugalczykiem, prawda?
a ja na to: nie, gwoli ścisłości mój syn jest portugalczykiem w 33,33%, bo jeśli dzielić, to po równo. albo posiada nadmiar obywatelstw, bo aż 300%.
jakby się tak porządniej zastanowić, to takich sytuacji zdarzają nam się setki w skali roku. zazwyczaj są to przypadki motywowane życzliwą, acz bezbrzeżną ignorancją, co nie zmienia faktu, że ja - matka z dumnie używanym obcym akcentem - i oni - moi synowie o niekoniecznie południowej urodzie, za to z bezbłędnym akcentem lokalnym i takoż lokalnym nazwiskiem - jesteśmy z automatu klasyfikowani jako "obcy". a w gruncie rzeczy rozmówca g... wie na temat tego, co mam wpisane w dowodzie i jaki jest mój status.
oraz - jak wywodzę z moich ostatnich lektur, obywatelstwo i uczestnictwo nie sprowadza się do prawa do głosowania w wyborach prezydenckich czy parlamentarnych, a posiadanie praw wyborczych nie oznacza wolności od innych form wykluczenia, dyskryminacji i ograniczania w praktyce praw obywatelskich całkiem rasowych obywateli :-)
takoż i nie przejmuję się za bardzo. do prywatnej satysfakcji wystarczy mi to, że moje dzieci mówią w języku matczystym bez krępacji i prywatnie, i w miejscach publicznych, w tym - w szkole, a zagadnięte odpowiadają z dumą: ja umiem mówić po polsku i po portugalsku.
wtorek, 21 listopada 2017
postęp edukacyjny
dzieci gonione do nakrywania do stołu, wymyślają wymówki.
w końcu mówimy ze śmiertelną powagą:
- albo nakrywacie, albo zaraz dostaniecie w tyłek kablem od prodiża.
- a co to jest prodiż? - pytają dziateczki, ignorując zupełnie całą resztę zdania.
hahahaha.
- słuchaj, synu, oto postęp: twój ojciec był bity kablem od żelazka. a ty dostaniesz w tyłek kablem hdmi.
w końcu mówimy ze śmiertelną powagą:
- albo nakrywacie, albo zaraz dostaniecie w tyłek kablem od prodiża.
- a co to jest prodiż? - pytają dziateczki, ignorując zupełnie całą resztę zdania.
hahahaha.
- słuchaj, synu, oto postęp: twój ojciec był bity kablem od żelazka. a ty dostaniesz w tyłek kablem hdmi.
sobota, 11 listopada 2017
na liczniku trzecie
- ładnie wyglądasz, kociu, tak pszczołowano w tych paskach - komentuje moje zdjecie przyjaciółka. zdjęcie zrobione wieczorem, po całym dniu zajęć, kiedy to w ciągu dnia innej przyjaciółce wysłałam zdjęcie z przerwy obiadowej z dopiskiem "uczeszę się jutro", a ona na to "po co?" ;)
- widzisz, kochana - odpowiadam z życiową mądrością wieloródki - na tym etapie zostałam zmuszona przyjąć styl mieszczański: ubieram się w to, w co jeszcze się mieszczę.
nie mam czasu iść do sklepu i wybrać nieworek, w którym sama bym się sobie podobała. worek to mogę sobie kupić w sklepie rolniczym, w którym zaopatrujemy się w pisklęta i karmę dla nich. mama podsyła mi to i owo (dzięki, mamo!), a poza tym luzik: za stara jestem, żeby się takimi rzeczami przejmować. getry, bawełniana koszulka, sweter i jedziemy. przepraszam, toczymy się.
siedzimy na zajęciach wczoraj - wykład o neurobiologii i wpływie różnych czynników na procesy uczenia się. Profesor pokazuje nam kolejny wykres - tym razem ze średnią temperaturą ciała w ciągu doby. Okazuje się, że między 12 a 14 temperatura spada - ciało domaga się drzemki. Pada pytanie do sali: ilu z was ucina sobie sobie drzemkę po obiedzie? patrzymy na siebie z sofią - ona matka trójki, ja dwójki - i w śmiech. okazuje się, że tylko my dwie i tylko 2-3x w tygodniu. Jak człowiek nie prześpi normalnie nocy przez parę lat, to później docenia każdą godzinę i organizuje się inaczej. już sześcioletnie dziecko samo potrafi sobie zrobić kanapkę, pokroić owoce, podgrzać mleko. świat się nie zawali, jak matka godzinę pośpi.
ba, sześcio- i ośmiolatki potrafią: zamieść podłogę, poodkurzać, zmyć naczynia, obrać ziemniaki, oczyścić kominek, zapalić gaz pod kuchenką i podgrzać zupę (byle garnek nie był za ciężki), pójść do sklepu po bułki i inne drobniejsze rzeczy, dać jeść kotom, samodzielnie się wykąpać i umyć włosy (krótkie), nakryć do stołu, a już fantastycznie i błyskawicznie potrafią posprzątać swój pokój - tu jednakowoż potrzebny jest dodatkowy czynnik motywacyjny: matka idzie na piętro do ich pokoju z wielkim czarnym workiem na śmieci - zanim moja stopa osiągnie ostatni stopień, wszystkie gadżety już są w skrzynkach, a łóżka poscielone :D
drogie kobity, dzielne matki polki - nie dajmy się zajeździć :)
- widzisz, kochana - odpowiadam z życiową mądrością wieloródki - na tym etapie zostałam zmuszona przyjąć styl mieszczański: ubieram się w to, w co jeszcze się mieszczę.
nie mam czasu iść do sklepu i wybrać nieworek, w którym sama bym się sobie podobała. worek to mogę sobie kupić w sklepie rolniczym, w którym zaopatrujemy się w pisklęta i karmę dla nich. mama podsyła mi to i owo (dzięki, mamo!), a poza tym luzik: za stara jestem, żeby się takimi rzeczami przejmować. getry, bawełniana koszulka, sweter i jedziemy. przepraszam, toczymy się.
siedzimy na zajęciach wczoraj - wykład o neurobiologii i wpływie różnych czynników na procesy uczenia się. Profesor pokazuje nam kolejny wykres - tym razem ze średnią temperaturą ciała w ciągu doby. Okazuje się, że między 12 a 14 temperatura spada - ciało domaga się drzemki. Pada pytanie do sali: ilu z was ucina sobie sobie drzemkę po obiedzie? patrzymy na siebie z sofią - ona matka trójki, ja dwójki - i w śmiech. okazuje się, że tylko my dwie i tylko 2-3x w tygodniu. Jak człowiek nie prześpi normalnie nocy przez parę lat, to później docenia każdą godzinę i organizuje się inaczej. już sześcioletnie dziecko samo potrafi sobie zrobić kanapkę, pokroić owoce, podgrzać mleko. świat się nie zawali, jak matka godzinę pośpi.
ba, sześcio- i ośmiolatki potrafią: zamieść podłogę, poodkurzać, zmyć naczynia, obrać ziemniaki, oczyścić kominek, zapalić gaz pod kuchenką i podgrzać zupę (byle garnek nie był za ciężki), pójść do sklepu po bułki i inne drobniejsze rzeczy, dać jeść kotom, samodzielnie się wykąpać i umyć włosy (krótkie), nakryć do stołu, a już fantastycznie i błyskawicznie potrafią posprzątać swój pokój - tu jednakowoż potrzebny jest dodatkowy czynnik motywacyjny: matka idzie na piętro do ich pokoju z wielkim czarnym workiem na śmieci - zanim moja stopa osiągnie ostatni stopień, wszystkie gadżety już są w skrzynkach, a łóżka poscielone :D
drogie kobity, dzielne matki polki - nie dajmy się zajeździć :)
niedziela, 5 listopada 2017
niemal o północy
- kociu - zwrócił się do mnie mój osobisty konkubent z niepokojem w głosie - zobacz, jaką rodziną się stajemy: ty przy komputerze, ja przy komouterze, jeden syn przy tablecie, drugi przyklejony do telefonu...
- tak - odpowiadam - ale tylko mi za to płacą...
- tak - odpowiadam - ale tylko mi za to płacą...
sobota, 21 października 2017
wszyscy dla wszystkich, jak pisał Tuwim
na podwórku i na dachu od tygodnia szleje pan jaś. stanęła jedna równa ściana, czekamy na drugą. podmurówka pod nowy dach nad dobudowanymi pokojami prawie gotowa. czekamy na dobrą pogodę, aby do pana jasia dołączył się drugi fachowiec, ten od kładzenia dachu. za dwa tygodnie, tfu, tfu, powinniśmy mieć stan surowy, a potem już sobie wykończymy sami. albo wykończymy siebie.
a ja? a ja sobie przypominam, jak to jest być studentką, bo wiele lat już upłynęło :)
chodzę na zajęcia, czytam, piszę. fajno jest. tylko w piątki po zajęciach wracam na czworakach i padam.
i pracuję w tzw. międzyczasie - i tu właśnie uniwersytet mi się ostatnio przydał, albowiem dostałam do tłumacznia taki dokument, którego słownictwo mnie w pewnej chwili przerosło, a wujek google i wszystkie dostępne mi słowniki rozłożyły ręce. potoczyłam się zatem do biblioteki i wypożyczyłam dwie istniejące książki w tejże materii - i jedna okazała się przydatna na tyle, że wyszłam z impasu. co prawda spodziewałam się, że na uniwerku z wydziałem budowlanym takich książek znajdę więcej i niekoniecznie z lat 70, ale co ja wiem o zabijaniu. grunt, że słownictwo jest.
tu szeroki uśmiech wdzięczności w stronę koleżanki z kursu, która wczoraj uskuteczniała dzień dobroci dla koci i robiła za mojego przewodnika - pokazała, jak działa biblioteka, jak szukać, jak wypełnić kwitki, jak zamówić, gdzie odebrać, a poza tym biegała po piętrach za moimi książkami, kiedy ja te kwitki wypełniałam.
potem podzieliłyśmy się doświadczeniami matek - te dylematy, czy pojechać w wolny dzień do biblioteki (koszt benzyny, czas stracony w drodze), czy zostać w domu i się pouczyć (a "w międzyczasie" poprasować, ugotować, uprać, wywiesić, poodkurzać, czyli tak naprawdę nie pouczyć się nic). odwieczne dylematy bez odpowiedzi i rozwiązań.
a ja? a ja sobie przypominam, jak to jest być studentką, bo wiele lat już upłynęło :)
chodzę na zajęcia, czytam, piszę. fajno jest. tylko w piątki po zajęciach wracam na czworakach i padam.
i pracuję w tzw. międzyczasie - i tu właśnie uniwersytet mi się ostatnio przydał, albowiem dostałam do tłumacznia taki dokument, którego słownictwo mnie w pewnej chwili przerosło, a wujek google i wszystkie dostępne mi słowniki rozłożyły ręce. potoczyłam się zatem do biblioteki i wypożyczyłam dwie istniejące książki w tejże materii - i jedna okazała się przydatna na tyle, że wyszłam z impasu. co prawda spodziewałam się, że na uniwerku z wydziałem budowlanym takich książek znajdę więcej i niekoniecznie z lat 70, ale co ja wiem o zabijaniu. grunt, że słownictwo jest.
tu szeroki uśmiech wdzięczności w stronę koleżanki z kursu, która wczoraj uskuteczniała dzień dobroci dla koci i robiła za mojego przewodnika - pokazała, jak działa biblioteka, jak szukać, jak wypełnić kwitki, jak zamówić, gdzie odebrać, a poza tym biegała po piętrach za moimi książkami, kiedy ja te kwitki wypełniałam.
potem podzieliłyśmy się doświadczeniami matek - te dylematy, czy pojechać w wolny dzień do biblioteki (koszt benzyny, czas stracony w drodze), czy zostać w domu i się pouczyć (a "w międzyczasie" poprasować, ugotować, uprać, wywiesić, poodkurzać, czyli tak naprawdę nie pouczyć się nic). odwieczne dylematy bez odpowiedzi i rozwiązań.
pucu-pucu, chlastu-plastu, niekończące się sprzątanie po niekończącym się remoncie
ot i zagubił mi się post sprzed prawie miesiąca... wiec oto odkopany i siup na bloga:
***
gry i zabawy dla mamy:
1. po kształcie odciśniętym przez gorące żelazko na wyprasowanych spodniach odgadnij, jakiego przedmiotu nie wyciągnęło dziecię z kieszeni przed ciśnięciem gaci do kosza z brudnym praniem.
dla ułatwienia: ludziki z plasteliny przerobiliśmy w przedszkolu.
2. czy pendrive wyprany w 40 stopniach w godzinnym programie wciąż będzie działał? (odpowiedź: tak)
***
dziś w nocy przylatuje teściowa. gdyby to była moja była teściowa, powiedziałabym wam, że na miotle - ale obecna nie posługuje się na co dzień takimi akcesoriami, więc przybywa tradycyjnie tanimi liniami lotniczymi. dom z grubsza ogarnięty, choć kartonów góra do przejrzenia się jeszcze piętrzy. dziury w ścianach zalepione, gips schnie, z malowaniem nie zdążymy - ale dziur nie ma,to niezbity fakt. firany wyprane, podłogi zmyte siódmy raz. na pewno widać sporo zmian od ostatniej wizyty. no właśnie - w przypadku obecnej teściowej to są wizyty, a nie wizytacje :D
tylko konkubent pokiwał głową nad moją górką rzeczy do uprasowania i stwierdził: no, na to to już musi przyjechać twoja mama... (bo moja mama przylatuje co najmniej 2x w roku, gotuje gąłabki i gulasze, pierogi i rosołek, i piecze drożdżówkę, a w miedzyczasie prasuje wszystko, co mi tu zalega miesiącami w magicznym koszu...)
***
gry i zabawy dla mamy:
1. po kształcie odciśniętym przez gorące żelazko na wyprasowanych spodniach odgadnij, jakiego przedmiotu nie wyciągnęło dziecię z kieszeni przed ciśnięciem gaci do kosza z brudnym praniem.
dla ułatwienia: ludziki z plasteliny przerobiliśmy w przedszkolu.
2. czy pendrive wyprany w 40 stopniach w godzinnym programie wciąż będzie działał? (odpowiedź: tak)
***
dziś w nocy przylatuje teściowa. gdyby to była moja była teściowa, powiedziałabym wam, że na miotle - ale obecna nie posługuje się na co dzień takimi akcesoriami, więc przybywa tradycyjnie tanimi liniami lotniczymi. dom z grubsza ogarnięty, choć kartonów góra do przejrzenia się jeszcze piętrzy. dziury w ścianach zalepione, gips schnie, z malowaniem nie zdążymy - ale dziur nie ma,to niezbity fakt. firany wyprane, podłogi zmyte siódmy raz. na pewno widać sporo zmian od ostatniej wizyty. no właśnie - w przypadku obecnej teściowej to są wizyty, a nie wizytacje :D
tylko konkubent pokiwał głową nad moją górką rzeczy do uprasowania i stwierdził: no, na to to już musi przyjechać twoja mama... (bo moja mama przylatuje co najmniej 2x w roku, gotuje gąłabki i gulasze, pierogi i rosołek, i piecze drożdżówkę, a w miedzyczasie prasuje wszystko, co mi tu zalega miesiącami w magicznym koszu...)
czwartek, 7 września 2017
muchy już się nasrały, idzie jesień
temat muszego srania chwilowo odkładam na półkę, gdyż dziś ostatni raz poszłam do pracy w sklepie. a w domu jakoś muchy nie mają czasu ani spokoju, żeby się posrać, bo ani dzieci, ani koty, ani konkubent latający z łapką im nie daje.
zaczynamy nowy rozdział, o czym za chwilę. w przeciwieństwie do mojej przedostatniej pracy, pożegnanie z tym etapem zawodowym nie zakończyło się oczyszczającym zasmarkano-histerycznym płaczem w samochodzie w drodze do domu - gdyż ostatnia szefowa, w przeciwieństwie do przedostatniego szefa, nie nastręczyła mi traum, nie zalegała w wynagrodzeniem, a wręcz przeciwnie: uraczyła słoiczkiem domowej marmelady, reklamówką dojrzałych fig oraz sprzedała szkolne matriały dla młodych w promocyjnej cenie. bardzo zacny z niej człowiek, niech to zostanie zapisane złotymi zgłoskami, i ogromnie ją polubiłam. oraz mieszkamy na jednej ulicy i widzimy się niemal codziennie.
a nowy etap polega na tym, że kocia wraca do szkoły od września, albowiem dostała się na studia doktoranckie ta, o której mówiono, że nie ma matury, hehehe. kto mówiono, łatwo się domyśleć. nie uruchomiono co prawda w tym roku tego kierunku, ktory sobie pierwotnie wymarzyłam, bo zbyt mało znalazło się chętnych (a konkretnie, jeden chętny się znalazł - ja), ale było do wyboru co innego, równie interesującego i twórczego. zabieramy się zatem do pracy, a wy trzymajcie kciuki.
zaczynamy nowy rozdział, o czym za chwilę. w przeciwieństwie do mojej przedostatniej pracy, pożegnanie z tym etapem zawodowym nie zakończyło się oczyszczającym zasmarkano-histerycznym płaczem w samochodzie w drodze do domu - gdyż ostatnia szefowa, w przeciwieństwie do przedostatniego szefa, nie nastręczyła mi traum, nie zalegała w wynagrodzeniem, a wręcz przeciwnie: uraczyła słoiczkiem domowej marmelady, reklamówką dojrzałych fig oraz sprzedała szkolne matriały dla młodych w promocyjnej cenie. bardzo zacny z niej człowiek, niech to zostanie zapisane złotymi zgłoskami, i ogromnie ją polubiłam. oraz mieszkamy na jednej ulicy i widzimy się niemal codziennie.
a nowy etap polega na tym, że kocia wraca do szkoły od września, albowiem dostała się na studia doktoranckie ta, o której mówiono, że nie ma matury, hehehe. kto mówiono, łatwo się domyśleć. nie uruchomiono co prawda w tym roku tego kierunku, ktory sobie pierwotnie wymarzyłam, bo zbyt mało znalazło się chętnych (a konkretnie, jeden chętny się znalazł - ja), ale było do wyboru co innego, równie interesującego i twórczego. zabieramy się zatem do pracy, a wy trzymajcie kciuki.
sobota, 29 lipca 2017
stuk-puk - kukułeczka? nie, młot pneumatyczny
przyznam, że nadal mnie fascynuje kwestia muszego srania. pierwszy raz w życiu spotykam się z takim nasileniem procederu, a także z taką różnorodnością wzorów i lokaliazcji - nie wychodzę ze zdziwienia, natomiast wychodzę ze skóry, żeby dotrzeć mopem albo ścierką do tych wszystkich zakamarków.
***
lato w pełni. niektórzy się plażingują, inni wyjeżdżają w egzotyczne miejsca, ja natomiast w zaciszu naszej wiejskiej siedziby gonię konkubenta do remontu. d. mało entuzjastycznie, acz wyjścia nie ma, zakupił dziś śruby i wsporniki, w poniedziałek zaczyna montować pod schodami szafę wnękową, którą sobie w przypływie natchnienia wyrysowałam szkolnym ołówkiem dziecięcia na odwrocie czardasza. do szafy wnękowej przeniosę pościel, odziedż zimową i walizki z obecnej szafy wnękowej. obecna szafa wnękowa planowo zamieni się we wnękę muzyczną, gdyż albowiem mieści się do niej spokojnie pianino, a i szczypeczki sztuk 4 też zawisną na swoich haczykach, zaś część zachowanych półek posłuży na nuty, których cztery pudła zalegają w zapasowej sypialni (obok pianina). ma to również i tę zaletę, że w przypadku zbyt rozbrykanych i/lub nieletnich gości, można wnękę/szafę zamknąć na klucz (a klucz połknąć), z korzyścią dla pianina, skrzypiec i moich nerw. można również zamknąć we wnęce rozbrykanych gości, a z kluczem postąpić jak powyżej.
niestety, do szafy d. może zabrać się dopiero po południu, gdyż rankiem obiecał pomóc sąsiadowi czyścić studnię. jest straszna susza, studnie się zamulają, schną ogrody. trzeba pomóc, bo sąsiad przynosi nam fantastyczne pomidory hodowane bez chemii, a te bez wody padają jak muchy. czy coś. zakupiliśmy dziś d. na tę okazję nowiutkie firmowe gumiaki dunlopa (chociaż pani w narzędziowym twierdziła, że na ludzi nie produkują obuwia w takich rozmiarach), bo sąsiad twierdzi, że można się natknąć na żmije. takie żmije: Malpolon monspessulanus.

źródło: https://www.google.pt/search?q=cobra+rateira+em+portugal&ie=UTF-8&oe=UTF-8&hl=en-pt&client=safari#imgrc=wXfm_CLyLzcrTM:
podobno żmija miesiąca w maju 2013. podobno niejadowita, ale jej ugryzienie jest bolesne. robi się niebezpiecznie jak w indiana jones - adrenalina rośnie, nowe gumiaki błyszczą w przedpokoju.
a, no i wracając do remontu. jak już dokonane zostaną zmiany szafowe i zwolni się częściowo zapasowa sypialnia, to przenosimy do niej właśnie młodych, bo jest większa, niż ich dotychczasowy pokój, ergo, więcej miejsca będą miały dzieciny do zagracenia. przed przeniesieniem jednakowoż d. musi jeszcze ten pokój odmalować (a jak już będzie latał z wałkiem, to co mu szkodzi, i naszą sypialnię mógłby maznąć, bo mnie aktualna zieleń nieszczególnie uspokaja, hyhyhy).
a jak już dzieciny będą w nowym pokoju, to zwalnia się docelowy pokoik gościnny i misterny plan, etap pierwszy, dopina się na ostatni guzik.
a wszystko to nie dlatego, że ciebie kocham, tylko dlatego, że żyję na tym świecie nie od wczoraj i nie od wczoraj się rozwodzę z prawie byłym mężem, a coś mi wewnętrznie mówi, że już dawno nie nasłał na nas inspekcji miejscowego zus-u, a konkretnie działu współpracującego z sądami i zajmującego się ochroną nieletnich. miałam takich inspekcji 3 (słownie: trzy) w przeciągu 2 lat, więc wiem, o czym mówię.
ostatnia pani z zusu była przesympatyczna i chętnie ugoszczę ją na herbatce ponownie. w tej mojej melinie, wiecie, gdzie szczury srają na podłogę w kuchni, a dzieci śpią w ciemnym pokoju na jednym ciasnym łóżku. oraz na kolację dostają najczęściej suchary z nutellą. koniec cytatu. a cytat z procesu sądowego ;)
no więc, kochani, remonty wewnątrz domu zaplanowane na ten rok muszą się zakończyć przed końcem wakacji sądowych, bo potem można się już spodziewać wyznaczenia terminu inspekcji, hehe. natomiast remont podwórka (skuwanie betonu i drenaż wody) trwa i mam nadzieję do końca roku będę miała mój upragniony ogródek zamiast zabetonowanego patio przykrytego blachą falistą.
więc widać chyba bezspornie, że życie toczy się dalej :D
***
lato w pełni. niektórzy się plażingują, inni wyjeżdżają w egzotyczne miejsca, ja natomiast w zaciszu naszej wiejskiej siedziby gonię konkubenta do remontu. d. mało entuzjastycznie, acz wyjścia nie ma, zakupił dziś śruby i wsporniki, w poniedziałek zaczyna montować pod schodami szafę wnękową, którą sobie w przypływie natchnienia wyrysowałam szkolnym ołówkiem dziecięcia na odwrocie czardasza. do szafy wnękowej przeniosę pościel, odziedż zimową i walizki z obecnej szafy wnękowej. obecna szafa wnękowa planowo zamieni się we wnękę muzyczną, gdyż albowiem mieści się do niej spokojnie pianino, a i szczypeczki sztuk 4 też zawisną na swoich haczykach, zaś część zachowanych półek posłuży na nuty, których cztery pudła zalegają w zapasowej sypialni (obok pianina). ma to również i tę zaletę, że w przypadku zbyt rozbrykanych i/lub nieletnich gości, można wnękę/szafę zamknąć na klucz (a klucz połknąć), z korzyścią dla pianina, skrzypiec i moich nerw. można również zamknąć we wnęce rozbrykanych gości, a z kluczem postąpić jak powyżej.
niestety, do szafy d. może zabrać się dopiero po południu, gdyż rankiem obiecał pomóc sąsiadowi czyścić studnię. jest straszna susza, studnie się zamulają, schną ogrody. trzeba pomóc, bo sąsiad przynosi nam fantastyczne pomidory hodowane bez chemii, a te bez wody padają jak muchy. czy coś. zakupiliśmy dziś d. na tę okazję nowiutkie firmowe gumiaki dunlopa (chociaż pani w narzędziowym twierdziła, że na ludzi nie produkują obuwia w takich rozmiarach), bo sąsiad twierdzi, że można się natknąć na żmije. takie żmije: Malpolon monspessulanus.
źródło: https://www.google.pt/search?q=cobra+rateira+em+portugal&ie=UTF-8&oe=UTF-8&hl=en-pt&client=safari#imgrc=wXfm_CLyLzcrTM:
podobno żmija miesiąca w maju 2013. podobno niejadowita, ale jej ugryzienie jest bolesne. robi się niebezpiecznie jak w indiana jones - adrenalina rośnie, nowe gumiaki błyszczą w przedpokoju.
a, no i wracając do remontu. jak już dokonane zostaną zmiany szafowe i zwolni się częściowo zapasowa sypialnia, to przenosimy do niej właśnie młodych, bo jest większa, niż ich dotychczasowy pokój, ergo, więcej miejsca będą miały dzieciny do zagracenia. przed przeniesieniem jednakowoż d. musi jeszcze ten pokój odmalować (a jak już będzie latał z wałkiem, to co mu szkodzi, i naszą sypialnię mógłby maznąć, bo mnie aktualna zieleń nieszczególnie uspokaja, hyhyhy).
a jak już dzieciny będą w nowym pokoju, to zwalnia się docelowy pokoik gościnny i misterny plan, etap pierwszy, dopina się na ostatni guzik.
a wszystko to nie dlatego, że ciebie kocham, tylko dlatego, że żyję na tym świecie nie od wczoraj i nie od wczoraj się rozwodzę z prawie byłym mężem, a coś mi wewnętrznie mówi, że już dawno nie nasłał na nas inspekcji miejscowego zus-u, a konkretnie działu współpracującego z sądami i zajmującego się ochroną nieletnich. miałam takich inspekcji 3 (słownie: trzy) w przeciągu 2 lat, więc wiem, o czym mówię.
ostatnia pani z zusu była przesympatyczna i chętnie ugoszczę ją na herbatce ponownie. w tej mojej melinie, wiecie, gdzie szczury srają na podłogę w kuchni, a dzieci śpią w ciemnym pokoju na jednym ciasnym łóżku. oraz na kolację dostają najczęściej suchary z nutellą. koniec cytatu. a cytat z procesu sądowego ;)
no więc, kochani, remonty wewnątrz domu zaplanowane na ten rok muszą się zakończyć przed końcem wakacji sądowych, bo potem można się już spodziewać wyznaczenia terminu inspekcji, hehe. natomiast remont podwórka (skuwanie betonu i drenaż wody) trwa i mam nadzieję do końca roku będę miała mój upragniony ogródek zamiast zabetonowanego patio przykrytego blachą falistą.
więc widać chyba bezspornie, że życie toczy się dalej :D
wtorek, 30 maja 2017
burek nadal poszukiwany
dziś słuchałam kolejnych opowieści - o przedwczesnych wdowach, o umierających dzieciach, o wypadkach. czasem wydaje się, jakby wszystkie kataklizmy i nieszczęścia skoncentrowały się na tych paru kilometrach kwadratowych wioski nad rzeką. ale nie, myślę, że to nie fatum - to bieda. bo to zawaliła się studnia kopana samodzielnie przez męża, który nie miał pieniędzy na wynajęcie ekipy, a żony w tym czasie w domu nie było, nie mogła mu pomóc, bo pracowała na trzy etaty; bo to ciężarówka zmiotła z drogi matkę, która późnym wieczorem wracała z pola na piechotę brzegiem wąskiej drogi; bo to syn zginął na budowie, kiedy przewrócił się na niego dźwig; a to dzieciak zmarł od komplikacji po prostej operacji...
ech, tak to. kobitki opowiadają historie sprzed dziesięcioleci, historie niezagojone do dzisiaj, i płaczą. a życie płynie dalej.
po wiosce pałęta się ogromny, stary, spokojny, na wpół wyleniały pies. trasę jego codziennego przemarszu znaczą kleszcze, które opite krwią odpadają, by potem szukać kolejnego żywiciela. ale nie, żeby tak wszystkie na raz - na burku zawsze widać dyżurne 50 kleszczy, które ten jakby od niechcenia i z lekką rezygnacją podgryza co jakiś czas. ktoś daje mu jeść, ktoś daje pić, burek jest łagodny i nikomu nie wadzi. tylko te kleszcze. jedna kobitka zadzwoniła więc do schroniska, żeby wzięli burka na emeryturę, odrobaczyli, odpchlili, odkleszczyli i zaczipowali. od tygodnia panowie ze schroniska przyjeżdżają codziennie, przywożą na zanęte świeże mięsko od rzeźnika - a burek jakby natchniony, przychodzi do sklepu się ze mną przywitać, a potem znika pięć minut przed ich przyjazdem. panowie objeżdżają wioskę, pytają - burek znika jak kamfora. w zeszłą niedzielę na ogłoszeniach parafialnych wywołali burka z imienia - kto by wiedział, gdzież to podziewa się poszukiwany burek, proszony jest o kontakt z ...
ja tam myślę, że burek woli doczekać końca swoich dni na wolności, nawet jeśli oznacza to towarzystwo 50 kleszczy.
moi dwaj dzielni synowie w ferworze zabawy pokłócili się strasznie i potłukli. normalka. wysłuchałam wersji obu stron i dałam im do wyboru: 20 minut w kącie albo prace dowowe. woleli prace, patrzcie państwo! młodszy pozmywał naczynia, starszy podlał ogórd. widzę światełko w tunelu :)
ech, tak to. kobitki opowiadają historie sprzed dziesięcioleci, historie niezagojone do dzisiaj, i płaczą. a życie płynie dalej.
po wiosce pałęta się ogromny, stary, spokojny, na wpół wyleniały pies. trasę jego codziennego przemarszu znaczą kleszcze, które opite krwią odpadają, by potem szukać kolejnego żywiciela. ale nie, żeby tak wszystkie na raz - na burku zawsze widać dyżurne 50 kleszczy, które ten jakby od niechcenia i z lekką rezygnacją podgryza co jakiś czas. ktoś daje mu jeść, ktoś daje pić, burek jest łagodny i nikomu nie wadzi. tylko te kleszcze. jedna kobitka zadzwoniła więc do schroniska, żeby wzięli burka na emeryturę, odrobaczyli, odpchlili, odkleszczyli i zaczipowali. od tygodnia panowie ze schroniska przyjeżdżają codziennie, przywożą na zanęte świeże mięsko od rzeźnika - a burek jakby natchniony, przychodzi do sklepu się ze mną przywitać, a potem znika pięć minut przed ich przyjazdem. panowie objeżdżają wioskę, pytają - burek znika jak kamfora. w zeszłą niedzielę na ogłoszeniach parafialnych wywołali burka z imienia - kto by wiedział, gdzież to podziewa się poszukiwany burek, proszony jest o kontakt z ...
ja tam myślę, że burek woli doczekać końca swoich dni na wolności, nawet jeśli oznacza to towarzystwo 50 kleszczy.
moi dwaj dzielni synowie w ferworze zabawy pokłócili się strasznie i potłukli. normalka. wysłuchałam wersji obu stron i dałam im do wyboru: 20 minut w kącie albo prace dowowe. woleli prace, patrzcie państwo! młodszy pozmywał naczynia, starszy podlał ogórd. widzę światełko w tunelu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)