wtorek, 21 listopada 2017

postęp edukacyjny

dzieci gonione do nakrywania do stołu, wymyślają wymówki.
w końcu mówimy ze śmiertelną powagą:
- albo nakrywacie, albo zaraz dostaniecie w tyłek kablem od prodiża.
- a co to jest prodiż? - pytają dziateczki, ignorując zupełnie całą resztę zdania.
hahahaha.
- słuchaj, synu, oto postęp: twój ojciec był bity kablem od żelazka. a ty dostaniesz w tyłek kablem hdmi.


sobota, 11 listopada 2017

na liczniku trzecie

- ładnie wyglądasz, kociu, tak pszczołowano w tych paskach - komentuje moje zdjecie przyjaciółka. zdjęcie zrobione wieczorem, po całym dniu zajęć, kiedy to w ciągu dnia innej przyjaciółce wysłałam zdjęcie z przerwy obiadowej z dopiskiem "uczeszę się jutro", a ona na to "po co?" ;)
- widzisz, kochana - odpowiadam z życiową mądrością wieloródki - na tym etapie zostałam zmuszona przyjąć styl mieszczański: ubieram się w to, w co jeszcze się mieszczę.

nie mam czasu iść do sklepu i wybrać nieworek, w którym sama bym się sobie podobała. worek to mogę sobie kupić w sklepie rolniczym, w którym zaopatrujemy się w pisklęta i karmę dla nich. mama podsyła mi to i owo (dzięki, mamo!), a poza tym luzik: za stara jestem, żeby się takimi rzeczami przejmować. getry, bawełniana koszulka, sweter i jedziemy. przepraszam, toczymy się.

siedzimy na zajęciach wczoraj - wykład o neurobiologii i wpływie różnych czynników na procesy uczenia się. Profesor pokazuje nam kolejny wykres - tym razem ze średnią temperaturą ciała w ciągu doby. Okazuje się, że między 12 a 14 temperatura spada - ciało domaga się drzemki. Pada pytanie do sali: ilu z was ucina sobie sobie drzemkę po obiedzie? patrzymy na siebie z sofią - ona matka trójki, ja dwójki - i w śmiech. okazuje się, że tylko my dwie i tylko 2-3x w tygodniu. Jak człowiek nie prześpi normalnie nocy przez parę lat, to później docenia każdą godzinę i organizuje się inaczej. już sześcioletnie dziecko samo potrafi sobie zrobić kanapkę, pokroić owoce, podgrzać mleko. świat się nie zawali, jak matka godzinę pośpi.

ba, sześcio- i ośmiolatki potrafią: zamieść podłogę, poodkurzać, zmyć naczynia, obrać ziemniaki, oczyścić kominek, zapalić gaz pod kuchenką i podgrzać zupę (byle garnek nie  był za ciężki), pójść do sklepu po bułki i inne drobniejsze rzeczy, dać jeść kotom, samodzielnie się wykąpać i umyć włosy (krótkie), nakryć do stołu, a już fantastycznie i błyskawicznie potrafią posprzątać swój pokój - tu jednakowoż potrzebny jest dodatkowy czynnik motywacyjny: matka idzie na piętro do ich pokoju z wielkim czarnym workiem na śmieci - zanim moja stopa osiągnie ostatni stopień, wszystkie gadżety już są w skrzynkach, a łóżka poscielone :D

drogie kobity, dzielne matki polki - nie dajmy się zajeździć :)



niedziela, 5 listopada 2017

niemal o północy

- kociu - zwrócił się do mnie mój osobisty konkubent z niepokojem w głosie - zobacz, jaką rodziną się stajemy: ty przy komputerze, ja przy komouterze, jeden syn przy tablecie, drugi przyklejony do telefonu...
- tak - odpowiadam - ale tylko mi za to płacą...

sobota, 21 października 2017

wszyscy dla wszystkich, jak pisał Tuwim

na podwórku i na dachu od tygodnia szleje pan jaś. stanęła jedna równa ściana, czekamy na drugą. podmurówka pod nowy dach nad dobudowanymi pokojami prawie gotowa. czekamy na dobrą pogodę, aby do pana jasia dołączył się drugi fachowiec, ten od kładzenia dachu. za dwa tygodnie, tfu, tfu, powinniśmy mieć stan surowy, a potem już sobie wykończymy sami. albo wykończymy siebie.

a ja? a ja sobie przypominam, jak to jest być studentką, bo wiele lat już upłynęło :)
chodzę na zajęcia, czytam, piszę. fajno jest. tylko w piątki po zajęciach wracam na czworakach i padam.

i pracuję w tzw. międzyczasie - i tu właśnie uniwersytet mi się ostatnio przydał, albowiem dostałam do tłumacznia taki dokument, którego słownictwo mnie w pewnej chwili przerosło, a wujek google i wszystkie dostępne mi słowniki rozłożyły ręce. potoczyłam się zatem do biblioteki i wypożyczyłam dwie istniejące książki w tejże materii - i jedna okazała się przydatna na tyle, że wyszłam z impasu. co prawda spodziewałam się, że na uniwerku z wydziałem budowlanym takich książek znajdę więcej i niekoniecznie z lat 70, ale co ja wiem o zabijaniu. grunt, że słownictwo jest.

tu szeroki uśmiech wdzięczności w stronę koleżanki z kursu, która wczoraj uskuteczniała dzień dobroci dla koci i robiła za mojego przewodnika - pokazała, jak działa biblioteka, jak szukać, jak wypełnić kwitki, jak zamówić, gdzie odebrać, a poza tym biegała po piętrach za moimi książkami, kiedy ja te kwitki wypełniałam.

potem podzieliłyśmy się doświadczeniami matek - te dylematy, czy pojechać w wolny dzień do biblioteki (koszt benzyny, czas stracony w drodze), czy zostać w domu i się pouczyć (a "w międzyczasie" poprasować, ugotować, uprać, wywiesić, poodkurzać, czyli tak naprawdę nie pouczyć się nic). odwieczne dylematy bez odpowiedzi i rozwiązań.

pucu-pucu, chlastu-plastu, niekończące się sprzątanie po niekończącym się remoncie

ot i zagubił mi się post sprzed prawie miesiąca... wiec oto odkopany i siup na bloga:

***
gry i zabawy dla mamy:
1. po kształcie odciśniętym przez gorące żelazko na wyprasowanych spodniach odgadnij, jakiego przedmiotu nie wyciągnęło dziecię z kieszeni przed ciśnięciem gaci do kosza z brudnym praniem.
dla ułatwienia: ludziki z plasteliny przerobiliśmy w przedszkolu.

2. czy pendrive wyprany w 40 stopniach w godzinnym programie wciąż będzie działał? (odpowiedź: tak)

***

dziś w nocy przylatuje teściowa. gdyby to była moja była teściowa, powiedziałabym wam, że na miotle - ale obecna nie posługuje się na co dzień takimi akcesoriami, więc przybywa tradycyjnie tanimi liniami lotniczymi. dom z grubsza ogarnięty, choć kartonów góra do przejrzenia się jeszcze piętrzy. dziury w ścianach zalepione, gips schnie, z malowaniem nie zdążymy - ale dziur nie ma,to niezbity fakt. firany wyprane, podłogi zmyte siódmy raz. na pewno widać sporo zmian od ostatniej wizyty. no właśnie - w przypadku obecnej teściowej to są wizyty, a nie wizytacje :D

tylko konkubent pokiwał głową nad moją górką rzeczy do uprasowania i stwierdził: no, na to to już musi przyjechać twoja mama... (bo moja mama przylatuje co najmniej 2x w roku, gotuje gąłabki i gulasze, pierogi i rosołek, i piecze drożdżówkę, a w miedzyczasie prasuje wszystko, co mi tu zalega miesiącami w magicznym koszu...)

czwartek, 7 września 2017

muchy już się nasrały, idzie jesień

temat muszego srania chwilowo odkładam na półkę, gdyż dziś ostatni raz poszłam do pracy w sklepie. a w domu jakoś muchy nie mają czasu ani spokoju, żeby się posrać, bo ani dzieci, ani koty, ani konkubent latający z łapką im nie daje.

zaczynamy nowy rozdział, o czym za chwilę. w przeciwieństwie do mojej przedostatniej pracy, pożegnanie z tym etapem zawodowym nie zakończyło się oczyszczającym zasmarkano-histerycznym płaczem w samochodzie w drodze do domu - gdyż ostatnia szefowa, w przeciwieństwie do przedostatniego szefa, nie nastręczyła mi traum, nie zalegała w wynagrodzeniem, a wręcz przeciwnie: uraczyła słoiczkiem domowej marmelady, reklamówką dojrzałych fig oraz sprzedała szkolne matriały dla młodych w promocyjnej cenie. bardzo zacny z niej człowiek, niech to zostanie zapisane złotymi zgłoskami, i ogromnie ją polubiłam. oraz mieszkamy na jednej ulicy i widzimy się niemal codziennie.

a nowy etap polega na tym, że kocia wraca do szkoły od września, albowiem dostała się na studia doktoranckie ta, o której mówiono, że nie ma matury, hehehe. kto mówiono, łatwo się domyśleć. nie uruchomiono co prawda w tym roku tego kierunku, ktory sobie pierwotnie wymarzyłam, bo zbyt mało znalazło się chętnych (a konkretnie, jeden chętny się znalazł - ja), ale było do wyboru co innego, równie interesującego i twórczego. zabieramy się zatem do pracy, a wy trzymajcie kciuki.


sobota, 29 lipca 2017

stuk-puk - kukułeczka? nie, młot pneumatyczny

przyznam, że nadal mnie fascynuje kwestia muszego srania. pierwszy raz w życiu spotykam się z takim nasileniem procederu, a także z taką różnorodnością wzorów i lokaliazcji - nie wychodzę ze zdziwienia, natomiast wychodzę ze skóry, żeby dotrzeć mopem albo ścierką do tych wszystkich zakamarków.

***

lato w pełni. niektórzy się plażingują, inni wyjeżdżają w egzotyczne miejsca, ja natomiast w zaciszu naszej wiejskiej siedziby gonię konkubenta do remontu. d. mało entuzjastycznie, acz wyjścia nie ma, zakupił dziś śruby i wsporniki, w poniedziałek zaczyna montować pod schodami szafę wnękową, którą sobie w przypływie natchnienia wyrysowałam szkolnym ołówkiem dziecięcia na odwrocie czardasza. do szafy wnękowej przeniosę pościel, odziedż zimową i walizki z obecnej szafy wnękowej. obecna szafa wnękowa planowo zamieni się we wnękę muzyczną, gdyż albowiem mieści się do niej spokojnie pianino, a i szczypeczki sztuk 4 też zawisną na swoich haczykach, zaś część zachowanych półek posłuży na nuty, których cztery pudła zalegają w zapasowej sypialni (obok pianina). ma to również i tę zaletę, że w przypadku zbyt rozbrykanych i/lub nieletnich gości, można wnękę/szafę zamknąć na klucz (a klucz połknąć), z korzyścią dla pianina, skrzypiec i moich nerw. można również zamknąć we wnęce rozbrykanych gości, a z kluczem postąpić jak powyżej.

niestety, do szafy d. może zabrać się dopiero po południu, gdyż rankiem obiecał pomóc sąsiadowi  czyścić studnię. jest straszna susza, studnie się zamulają, schną ogrody. trzeba pomóc, bo sąsiad przynosi nam fantastyczne pomidory hodowane bez chemii, a te bez wody padają jak muchy. czy coś. zakupiliśmy dziś d. na tę okazję nowiutkie firmowe gumiaki dunlopa (chociaż pani w narzędziowym twierdziła, że na ludzi nie produkują obuwia w takich rozmiarach), bo sąsiad twierdzi, że można się natknąć na żmije. takie żmije:  Malpolon monspessulanus.

źródło: https://www.google.pt/search?q=cobra+rateira+em+portugal&ie=UTF-8&oe=UTF-8&hl=en-pt&client=safari#imgrc=wXfm_CLyLzcrTM:

podobno żmija miesiąca w maju 2013. podobno niejadowita, ale jej ugryzienie jest bolesne. robi się niebezpiecznie jak w indiana jones - adrenalina rośnie, nowe gumiaki błyszczą w przedpokoju.

a, no i wracając do remontu. jak już dokonane zostaną zmiany szafowe i zwolni się częściowo zapasowa sypialnia, to przenosimy do niej właśnie młodych, bo jest większa, niż ich dotychczasowy pokój, ergo, więcej miejsca będą miały dzieciny do zagracenia. przed przeniesieniem jednakowoż d. musi jeszcze ten pokój odmalować (a jak już będzie latał z wałkiem, to co mu szkodzi, i naszą sypialnię mógłby maznąć, bo mnie aktualna zieleń nieszczególnie uspokaja, hyhyhy).

a jak już dzieciny będą w nowym pokoju, to zwalnia się docelowy pokoik gościnny i misterny plan, etap pierwszy, dopina się na ostatni guzik.

a wszystko to nie dlatego, że ciebie kocham, tylko dlatego, że żyję na tym świecie nie od wczoraj i nie od wczoraj się rozwodzę z prawie byłym mężem, a coś mi wewnętrznie mówi, że już dawno nie nasłał na nas inspekcji miejscowego zus-u, a konkretnie działu współpracującego z sądami i zajmującego się ochroną nieletnich. miałam takich inspekcji 3 (słownie: trzy) w przeciągu 2 lat, więc wiem, o czym mówię.

ostatnia pani z zusu była przesympatyczna i chętnie ugoszczę ją na herbatce ponownie. w tej mojej melinie, wiecie, gdzie szczury srają na podłogę w kuchni, a dzieci śpią w ciemnym pokoju na jednym ciasnym łóżku. oraz na kolację dostają najczęściej suchary z nutellą. koniec cytatu. a cytat z procesu sądowego ;)

no więc, kochani, remonty wewnątrz domu zaplanowane na ten rok muszą się zakończyć przed końcem wakacji sądowych, bo potem można się już spodziewać wyznaczenia terminu inspekcji, hehe. natomiast remont podwórka (skuwanie betonu i drenaż wody) trwa i mam nadzieję do końca roku będę miała mój upragniony ogródek zamiast zabetonowanego patio przykrytego blachą falistą.

więc widać chyba bezspornie, że życie toczy się dalej :D