niedziela, 6 stycznia 2019

i oto styczeń, miesiąc mocnych postanowień

moi drodzy, zaniedbałam się z tym blogiem, przyznaję i biję się w mleczne piersi. czasu nie starcza na nic, najmłodsze dziecko nauczyło się przemieszczać po domu z prędkością światła (preferowane kierunki: schody na piętro, kominek, regał z książkami matki), konfitury pomarańczowe przypalają się na kuchence, a tu jeszcze trzeba by przytachać słoiki z garażu, doktorat macha z półki ogonem, były mąż śle skargi do sądu rodzinnego, komisji ochrony nieletnich oraz prokuratury, słowem - dzieje się, dzieje...

ale po kolei.

byliśmy na wakacjach w polsce, przejazd samochodem z trójka dzieci przez całą europę był co najmniej ekscytujący.

zapamiętałam z hiszpanii:
jak mąż przejechał potrąconego psa albo wilka, cholera wie, duże to było. huknęło, samochodem zarzuciło, obudziłam się z wrzaskiem i aż do polski coś nam telepało pod maską, powodując u mnie narastający stres - staniemy, nie staniemy, staniemy, nie staniemy - a w polsce za 10 zeta miły mechanik dogiął wykrzywioną osłonkę czegośtam i przestało telepać; smaczny, tani obiad w kraju basków, w porze sjesty, w jedynej otwartej piwiarni w centrum handlowym, gdzie kelnerzy chodzili, mówili i obsługiwali z taką atencją (i jedna ręka zawsze elegancko za plecami!), jakbyśmy jedli w jakimś ritzu albo innym ekskluzywnym lokalu. był to na naszej trasie jedyny kraj i język, któregośmy za cholerę nie rozumieli, co nie przeszkodziło nam w swobodnym dogadaniu się portuniolem.

z francji:
śmierdzące, brudne publiczne łazienki (centra handlowe, stacje benzynowe, parkingi), za wyjątkiem czyściuchnych łazienek na leśnych parkingach po francuskiej stronie kraju basków. zamalowane na czarno radary przy drogach krajowych, na których do niedawna ograniczenie było 90, a teraz jest 70. lud francuski okazał frustrację na długo przed żółtymi kamizelkami. śniadanie w krzaczorach nad sekwaną. bardzo fajne muzeum komiksu i miasteczko kosmiczne, które zafascynowało młodych.

z luksemburga: tanie paliwo, kręte drogi, oświetlone autostrady i kibelek w supermarkecie za 80 centów..

z belgii: jakieś liczne remonty na autostradach i belgów jadących karnie 2 km poniżej limitu.

z niemiec: absolutne speedowanie na autostradach i szary deszczowy krajobraz (akurat się nam trafiło na podróż). przystanek u rodziców - zawsze super.

z polski - ech, tego nie da się w trzech zdaniach :D cudownie, rodzinnie, szalenie, wesoło, za krótko.

we wrześniu wróciliśmy do starego kieratu, z tą różnicą, że od września chłopcy są w nauczaniu domowym, co z jednej strony obciążyło dodatkowo mój i tak już pękający w szwach grafik, ale jednocześnie dało nam wszystkim trochę luzu, a młodym przede wszystkim czasu na zabawę, byczenie się i normalne dzieciństwo.

sylwestra świętowaliśmy w domu - męska część rodziny oglądała spiraconego aquamana, żeńska młodsza spała słodko mimo fajerwerków, a matka przy komuterze płodziła zaległe dokumenty. o północy zapaliliśmy ogieńki bengalskie (d. dostał w chińskim sklepie tylko numerki 3, 4, 6 i 8 - ważne, że się iskrzyło), obejrzeliśmy wioskowe petardy, zapomnieliśy wznieść toast i zjeść rodzynki, ale za to nie staliśmy w korkach, nie szukaliśmy miejsc parkingowych, nie zmarzliśmy. jak dla mnie - sylwester idealny, w dresach i skarpetkach.

postanowień noworocznych nie mam, bo zapomniałam poczynić. za to chałupa wysprzątana na wysoki połysk, jak od dekady nie była. tak, teściowie przyjechali na święta :)
nawet mój pokój do pracy przeszedł metamorfozę - wszystko posegregowane, poukładane, odkurzone. artystyczny nieład odszedł w siną dal. nadal tylko ja wiem, co gdzie w domu leży.

jest środek zimy, portugalię dopadły przymrozki i ludzie strasznie cierpią w niedogrzanych (a najczęściej w ogóle nieogrzewanych) domach. u nas po polsku, cieplutko i przytulnie. młodzi śpią w majtach i ganiają po domu na bosaka. młoda raczkująca namiętnie gubi skarpety.

a skoro o młodej mowa - zbudziła się właśnie z drzemki, więc koniec laby, czujność wzmożona, dziecko pełza pod nogami i znienacka wyciąga książki z półek.

środa, 30 maja 2018

chrzest i I komunia

tyle przygotowań miesiące przed i oto dziateczki odbyły swoje ceremonie: jedno zostało ochrzczone, drugie przystąpiło do pierwszej komunii. za dwa lata przyjdzie kolej na króla juliana, który już teraz zastanawia się, w jakich butach przystąpi do pierwszej komunii :D

w naszej wesołej parafii (nawet email parafii brzmi "wesoła parafia") celebruje się na wesoło, więc łączonej uroczystości towarzyszyły wybuchy śmiechu, na przemian z chwilami wzruszenia. dwoje chrzczonych dzieci było w wieku dość zaawansowanym - 9 i 10 lat - takie to lokalne zwyczaje. zosia przyjęła polewanie głowy wodą z jordanu ze stoickim spokojem, przesypiając z godnością większość mszy świętej. nie poszła, na szczęście, za przykładem najstarszego brata, który w momencie rozpoczęcia rytuału chrztu ukupsał się po pachy i w związku z tym przez całą uroczystość darł się wniebogłosy, a uspokoił się dopiero, gdy na koniec go przebrałam.

potem nastąpiło małe zamieszanie z restauracją i podstępnym odebraniem nam jednego z trzech zarezerwowanych stolików, ale koniec końcem obyło się bez rozlewu krwi, za to ze znaczną zniżką i szampanem od kierownika restauracji na przeprosiny.

po krótkiej przerwie siedzę zatem znowu w książkach. przez trzy kolejne piątki zaliczam prezentacje z kolejnych przedmiotów, potem oddaję 4 prace pisemne i gdzieś w lipcu mam jeden egzamin. chyba przeżyjemy :-) acz chodzić będziemy na rzęsach.

a potem - w połowie czerwca - urządzamy chłopakom urodziny w sprawdzonym formacie: w parczku wioskowym, z piknikiem, w licznym gronie kolegów szkolnych i pozaszkolnych, z grami, zabawami, supertortem, na luzie i bez stresu. działa zawsze bez pudła, a koszty minimalne.

i w chwile później - wakacje! hurraaaa!!!!



poniedziałek, 14 maja 2018

telenowela trwa

otóż tak, zupełnie niespodziewanie udało się sądowi orzec rozwód. byłam w głębokim szoku, gdyż ani grypa protokolantki, ani przerwa w dostawie prądu, ani najazd kosmitów nie udaremniły sądowi wydania stosownego orzeczenia podczas piętnastominutowej rozprawy, z klauzulą natychmiastowej wykonalności, gdyż żadna ze stron nie miała zamiaru się od wyroku odwoływać.

...a potem nastąpiła ponaddwugodzinna rozprawa na okoliczność mojej zeszłorocznej skargi na uniemożliwianie nam przez byłego męża wyjazdów wakacyjnych do polski (lub w ogóle gdziekolwiek). były z właściwą sobie fantazją i werwą argumentował, iż jak tylko przekroczymy granicę portugalską, dzieci rozpłyną się w powietrzu, zostaną uprowadzone, ukryte, itp., itd. nie docierał do niego znany ogółowi ludności fakt, że w schengen nie ma kontroli granicznej i jeśli zapragnęłabym ukryć się w radomiu lub wąchocku, nic prostszego, jak wsiąść w samochód - nikt nas nie zatrzyma - i po 2.5h jesteśmy w hiszpanii, a na drugi dzień już w polsce (tym dzikim kraju, gdzie "zamiast wina piją alkohol", jak stwierdził jeden geniusz, świadek powołany przez byłego w procesie, pan o bardzo małym rozumku, niemający pojecia, gdzie leży polska i w jakim tam się mówi języku).
skończyło się na tym, że po raz kolejny zgody na nasze wakacje udzielił sąd wraz z prokuratorem (kuratorem nieletnich w procesach rodzinnych). Pakujmy zatem w sierpniu wszystkie dzieci do walizek i jedziemy na 3 tygodnie w rodzinne strony.

aby równowaga została zachowana, były mąż złożył na mnie donos do "komisji ochrony dzieci i młodzieży [znajdujących/ej się w niebezpieczeństwie]", na okoliczność "zagrożenia zdrowia publicznego poprzez prowadzane do szkoły dzieci z nietypowym zapaleniem płuc.

dowcip polega na tym, że zapalenia płuc nie było. lekarz na dyżurze w prywatnym szpitalu, do którego były namiętnie ciąga młodych co drugi weekend o północy, wobec braku jakichkolwiek symptomów i wobec braku śladów jakiejkolwiek infekcji w wykonanych badaniach (wiem, bo wyciągnęłam ze szpitala kopie wszystkich procesów klinicznych moich dzieci), za to przy dramatycznym opisie straszliwych objawów, które, jak utrzymuje ojciec, rzekomo towarzyszą dzieciom na co dzień, od ponad trzech lat, czyli odkąd mieszkają z matką - orzekł, że skoro objawów brak, a w badaniach nic, to zaryzykuje diagnozę "nietypowe zapalenie płuc" i przepisze młodym na wszelki wypadek antybiotyk.
i tu wątek się zagęszcza, bo ja parę dni wcześnej byłam z nimi u rodzinnego ("płuca czyste, uszy czyste, gardło lekko zaczerwienione i katar - brać syrop na kaszel i smarować plecy wickiem"), a w poniedziałek po powrocie młodych z weekendu u ojca i po diagnozie tegoż tajemniczego zapalenia płuc, pojechałam na pediatrię do szpitala - i tam również pani doktor stwierdziła, że żadnego zapalenia płuc nie widzi, podejrzewa natomiast wirusówkę, jako że młodzi od dwóch dni mieli sraczkę i któryś tam się raz porzygał. stosowne diagnozy mam na piśmie wraz z pieczątką szpitala.

przewoduję zatem ciekawy dialog na jutrzejszym spotkaniu z przedstawicielką cpcj (czyli ww. komisji), bo ciekawam doprawdy, jakąż to interwencję celem ochrony dzieci przewiduje komisja w takich przypadkach jak nasz...

jest na to nawet nazwa fachowa: münchhausen syndrom by proxy. jak kto ciekawy, niech sobie poczyta w necie. tak czy inaczej, nie nudzimy sie :) co powiedziawszy, wracam do kucia, bo sesja tuż-tuż...








niedziela, 29 kwietnia 2018

tru-tu-tu-tu! (fanfary)

zapomniałam się pochwalić, a właściwie publicznie pochwalić młodszego syna, alias króla juliana, który zdał pięknie egzaminy wstępne do państwowej szkoły muzycznej, a w związku z tym od września zaczyna pobieranie nauk w klasie trąbki.

będziemy mieć zatem w domu skrzypka, perkusistę i trębacza. zośka jak na razie wykazuje pewne talenty wokalne, ale używa ich w ścisle określonym celu zdobycia cycka i wymożenia noszenia na rękach w pionie, skąd można obserwować życie rodzinne, bo horyzontalnie z pozycji kanapy to zdecydowanie no fun.

uchowałam się ja jedna dyletantka muzyczna, ale jako że zadeklarowałam, iż w dzieciństwie pobierałam lekcje gry na pianinie, józik mi teraz nie odpuszcza, bo jak wszyscy to wszyscy, matka też ma grać (i ćwiczyć, godzinami ćwiczyć...). odpowiadam wymijająco, że tak, owszem, z przyjemnością, jak już zaliczę rok i będę miała czas siąść przy pianinie w celu innym niż okresowe odkurzenie klawiatury.

a do końca roku i egzaminów już tylko 2 miesiące, minie w okamgnieniu, a potem już upragnione WAKACJE!!!

środa, 25 kwietnia 2018

drugi semestr w pełni, sesja za progiem...

już nie wiem, w co ręce włożyć, rzeczywistość mi się nieco zagęściła.

pierwszy semestr minął jak sen jaki złoty, zostały po nim jedynie kujońskie oceny, które napawają mnie bezbrzeżną dumą. w drugim semestrze harmonogramy zajęć tak napięte, że tylko siła woli i wrodzona inercja chronią mnie przed popadnięciem w depresję/ w panikę (niepotrzebne skreślić). stosuje zasadę "um dia de cada vez", czyli krok po kroku i nigdy zbyt wiele na raz, i na razie jakoś jeszcze nie zwariowałam.

rozbroił mnie jednakowoż moj lekarz rodzinny (kawaler, młodszy ode mnie o jakieś pięć lat) na wizycie kontrolnej poporodowej: pani kociu, niech pani uważa, doktorat jest zabójczy dla związków. doktoranci mają tyle roboty, jeśli chcą wszystko zamknąć w terminie, że rodzina i partner schodzą na drugi plan, i kończy się rozwodami...

zapodałam temat na kolejnych zajęciach z naszą profesor prowadzącą, na co ona zastanowiła się chwilę i stwierdziła: no patrz, rzeczywiście! i ja, i wszystkie znane mi koleżanki rozwiodły się jeszcze przed obroną doktoratu! a nie, czekaj! kasiu (zwróciła się do goszczącej na zajęciach młodej naukowczyni), ty się nie rozwiodłaś, prawda? kasia: nie, nie rozwiodłam się, ale ja się nie liczę, bo mojego męża nigdy nie ma, on nawet nie zauważył, że napisałam i obroniłam doktorat...

i tak to optymistycznie w temacie rozwodów, z czego podobno mój osobisty, bez związku z doktoratem, ma być orzeczony w najbliższy poniedziałek, ale nie uwierzę, dopóki nie zobaczę, bo wielokrotnie mnie już zaskoczył portugalski wymiar sprawiedliwości w ciągu ostatnich czterech lat.

poza tym dzieciny rosną, z czego dwaj starsi wzwyż, a najmłodsza głównie wszerz, zwiększając ilość podbródków. noce przesypiamy, w ciągu dnia filarem organizacji jest babka, tytan pracy, która przejęła dom, a przede wszystkim kuchnię, pralkę i żelazko, w ziwązku z czym nie przymieramy głodem, bo ja bym ze wszystkim nie dała rady za chiny ludowe.

a skoro mowa o niedawaniu rady - wracam do moich lektur, z których pilnie coś się musi urodzić, jeśli mi miłe kujońskie (albo w ogóle pozytywne) oceny z metodologii i innych zajęć.


czwartek, 4 stycznia 2018

problemy onomastyczne

piszę sobie dzielnie trzecią z czterech semestralnych prac zaliczeniowych. czytam, szukam, myślę. jako że pedagogika to żyzne pole, temat sobie wybrałam z pogranicza praw człowieka, obywatelstwa i uczestnictwa vs. wykluczenia w różnorakich kontekstach. a życie samo sypie przykładami :-)

otóż zaszłam, nomen omen, dziś sobie do punktu ksero oddać książkę do spiracenia (nikt tu nie rozrywa szat nad prawami autorskimi, a czasem trafi się dobra książka, której w obiegu już nie ma, w necie nie znajduję, a warto mieć do późniejszych konsultacji). tym razem obsługuje mnie inna pani niż zwykle - bierze ode mnie książkę, zapisuje na karteczce, jak ma być skserowana i jak oprawiona, a potem - kiedy zwyczajowo chcę jej podać moje imię do odbioru książki - stwierdza, że lepiej nie, bo to na pewno imię zagraniczne.

hę? że co, że nie zapisze mojego imienia, bo jest zagraniczne?

w pierwszej chwili nie zrozumiałąm, o co jej chodzi, potem zaczęłam się śmiać - bo co, jak nie chce zapisać zagranicznego imienia, to może niech mi lepiej nada numerek? były już takie pomysły, ale o tym nie uczą zbyt intensywnie w portugalskiej szkole. w końcu podałam jej moje stare, biblijne, hebrajskie imię i pani odetchnęła z ulgą: ach, w końcu nie takie zagraniczne to imię, całkiem portugalskie.

tak, portugalskie. biblię też pisali portugalczycy. i arkę noego - zagorzałęgo fana benfiki - też budowali, w końcu te tradycje żeglarskie nie wzięły się ot tak znikąd.

to tak jak sympatyczny pan w banku parę tygodni temu, widząc ze mną mojego blondwłosego niebieskookiego józia, zwrócił się do niego z uśmiechem: jesteś stuprocentowym portugalczykiem, prawda?
a ja na to: nie, gwoli ścisłości mój syn jest portugalczykiem w 33,33%, bo jeśli dzielić, to po równo. albo posiada nadmiar obywatelstw, bo aż 300%.

jakby się tak porządniej zastanowić, to takich sytuacji zdarzają nam się setki w skali roku. zazwyczaj są to przypadki motywowane życzliwą, acz bezbrzeżną ignorancją, co nie zmienia faktu, że ja - matka z dumnie używanym obcym akcentem - i oni - moi synowie o niekoniecznie południowej urodzie, za to z bezbłędnym akcentem lokalnym i takoż lokalnym nazwiskiem - jesteśmy z automatu klasyfikowani jako "obcy". a w gruncie rzeczy rozmówca g... wie na temat tego, co mam wpisane w dowodzie i jaki jest mój status.
oraz - jak wywodzę z moich ostatnich lektur, obywatelstwo i uczestnictwo nie sprowadza się do prawa do głosowania w wyborach prezydenckich czy parlamentarnych, a posiadanie praw wyborczych nie oznacza wolności od innych form wykluczenia, dyskryminacji i ograniczania w praktyce praw obywatelskich całkiem rasowych obywateli :-)

takoż i nie przejmuję się za bardzo. do prywatnej satysfakcji wystarczy mi to, że moje dzieci mówią w języku matczystym bez krępacji i prywatnie, i w miejscach publicznych, w tym - w szkole, a zagadnięte odpowiadają z dumą: ja umiem mówić po polsku i po portugalsku.

wtorek, 21 listopada 2017

postęp edukacyjny

dzieci gonione do nakrywania do stołu, wymyślają wymówki.
w końcu mówimy ze śmiertelną powagą:
- albo nakrywacie, albo zaraz dostaniecie w tyłek kablem od prodiża.
- a co to jest prodiż? - pytają dziateczki, ignorując zupełnie całą resztę zdania.
hahahaha.
- słuchaj, synu, oto postęp: twój ojciec był bity kablem od żelazka. a ty dostaniesz w tyłek kablem hdmi.