sobota, 2 sierpnia 2014

w domu

jako że wreszcie, WRESZCIE! zainstalowali nam cywilizowany net, oto apdejt w temacie przeprowadzek i powrotów na stare śmieci:

27.07.2014
życie zatoczyło krąg. dokładnie osiem lat temu wsiadaliśmy w samolot do luandy – dla mnie pierwsze spotkanie z angolą, dla mańka powrót do korzeni. korzeni, jak się wkrótce okazało, z których wybujało coś, co już zupełnie nie przypominało kraju jego dzieciństwa. na stan ten złożyć się mogły, bądźmy tutaj szczerzy, co najmniej trzy elementy: blisko dwadzieścia lat od wyjazdu/ucieczki z ziemi rodzinnej (sporadyczne odwiedziny w ramach zawodów sportowych biorę w nawias, bo turysta to nie to samo, co tubylec), blisko trzydzieści lat wojny domowej doprawionej komunizmem w afrykańskim wydaniu oraz ten ostatni składnik mieszanki wybuchowej,  który wciąż jeszcze wielu zainteresowanym nie mieści się w głowie: definitywny koniec portugalskiego imperium kolonialnego.

za to ja, dzięki intensywnie pielęgnowanej ignorancji w temacie powyższym i wielu innych, jechałam do angoli bez uprzedzeń.

...oraz bez jakiejkolwiek wiedzy praktycznej, co przełożyło się na intensywność nauki przeżycia w warunkach i sytuacjach nie tyle trudnych, co absolutnie absurdalnych, których życie nam nie szczędziło od pierwszych minut na angolskiej ziemi. nie żebym jakoś specjalnie obrażała się na rzeczywistość: ja po prostu co chwilę stawałam z rozdziawioną buzią, przekonana, że to, co widzę, nie ma miejsca, bo przecież niemożliwe, żeby coś podobnego działo się naprawdę…

tak czy inaczej, oto po ośmiu latach (dla mnie siedmiu) wróciliśmy na ziemię tugów, mojej drugiej ulubionej nacji, która od lat dostarcza mi niewyczerpanych tematów do refleksji.

jakkowiek lata styczności z portugalczykami mogły nieco osłabić moją czujność i stępić ostrość widzenia właściwą zewnętrznemu obserwatorowi, wystarczyło spojrzeć wczoraj na zagranicznego turystę, żeby przekonać się, że resztę świata portugalia wciąż zadziwia J

otóż prosto z lotniska maniek podrzucił mnie na dworzec autobusowy, skąd miałam udać się do uroczej miejscowości caldas da rainha, gdzie czekał na mnie samochód zastępczy, użyczony przez firmę do czasu, aż odbiorę samochód docelowy. sam maniek zabrał nasz bagaż oraz na wpół śniętych młodych i udał się na poszukiwania świętego graala - nie wiem, co tam w końcu załatwiał, na wszelki wypadek okazałam mu pełne zaufanie, jakie kochająca żona winna jest mężowi, i nie zadawałam zbędnych pytań.

zakupiłam bilet i miałam jeszcze 20 minut do odjazdu, więc przysiadłam na ławeczce między zaciągającymi z wiejska trzema młodzieńcami w wieku poborowym a rodziną z licznym potomstwem. po chwili przydreptała do mnie starsza pani i bezceremonialnie, acz z niezaprzeczalnym wdziękiem, wepchnęła pod ławkę między moje nogi torbę podróżną, a na moich stopach ustawiła walizeczkę. „będzie tu pani jeszcze siedziała, kochana? bo ja tylko pójdę szybko wypić kawę...” i nie czekajac na moją odpowiedź pokuśtykała rączo do dworcowej kawiarni. przez chwilę miałam wizję babuleńki, jak w ciemnym rogu spiżarni montuje bombę z weków, lakieru do włosów i starego budzika, ale powiedziałam sobie – raz kozie śmierć, nie wołam policji. babcia wróciła po paru minutach posilona dawką kofeiny, podziękowała za przypilnowanie bagażu, a ja poszłam na stanowisko, bo właśnie zapowiedziano podstawienie mojego autobusu.

na stanowisku stali już pasażerowie ustawieni w kolejkę. ustawiłam się karnie. do kolejki podeszła para w wieku może 50 lat, jak się okazało po chwili – francuzi – i stanęli za mną. po chwili pani, która stała na początku kolejki, zdecydowała, że jednak stoimi dwa metry za bardzo w prawo i jak podjedzie autobus, będziemy stali przed maską, a nie przed drzwiami – więc przesunęła się o parę kroków w lewo, a w przeciągu milisekundy cała kolejka za nią. francuzi zgłupieli, spojrzeli na mnie pytająco, a ja zaczęłam się śmiać. chciałam im powiedzieć „nic się nie stało, ustawianie się w kolejki to portugalski sport narodowy” – ale zapomniałam, jak się po francusku mówi „kolejka”, więc tylko usmiechnęłam się i machnęłam ręką.
autobus podjechał, wszyscy spokojnei wsiedli, ruszyliśmy w trasę. po chwili do kierowcy podchodzi pasażer i pyta o wi-fi. „oczywiście, mamy, to nowa oferta linii. login i hasło? aaa.... zapomniałem.” miła starsza pani siedząca obok mnie zagadywała przyjaźnie i ucięłyśmy sobie pogawędkę na temat nowych technologii i ich użyteczności w życiu człowieka (francuzka na siedzeniu obok oglądała na tablecie zdjęcia z lizbońskiej starówki). kiedy wjechaliśmy do caldas i wielki autobus sprawnie kluczył wąskimi uliczkami, francuzi próbowali dowiedzieć się, czy to  już nazaré. uspokoiłam ich, że jeszcze nie, że to będzie dopiero kolejny przystanek. po chwili autobus stanął – drogę blokował jakiś samochód, którego kierowca wysiadł i poszedł sobie gdzieś. i znowuż cały autobus wyluzowany, tylko zdziwieni francuzi pytają „co się dzieje?” kierowca po chwili wrócił, wsiadł i odjechał, ale za to przed maskę wyskoczył nam jakiś gość i zaczął machać rękami. francuzi popatrzyli po sobie skonsternowani. okazało się, że z powodu jakiegoś festynu droga jest zamknięta – ale nie ustawiono żadnych znaków informacyjnych, co tam komunikacja miejska... nasz wyluzowany kierowca dokonał nieludzkiego wyczynu manewrując wokół mikroskopijnego ronda, nie tłukąc przy tym stojącej na nim rzeźby, i po chwili zajechaliśmy na przystanek. pożegnałam francuzów życząc im dobrych wakacji – i wysiadłam prosto do kawiarni, bo bez porannej kawy dzień się nie liczy.

zanim jeszcze rozsiadłam się z kawą i wyjęłam na dobre telefon,  kawermajster podszedł do mnie i podał hasło do wifi, bo przecież na pewno będę korzystała z netu. przy płaceniu z kolei upierał się przez dłuższą chwilę, że monety leżące na ladzie są moje – a ja przekonywałam go, że jednak nie, że płacę dopiero teraz, na co on stwierdził wyluzowany, że ach, to pewnie poprzedni klient zapłacił i wyszedł, a on nie zwrócił uwagi. potem złapałam taksówkę do mojego standu – taksówkarz, zanim ruszył, upewniał się przez minutę, że ja mam pewność, że stand jest w soboty otwarty, bo jeśli zamknięty, to kurs zapłacę na darmo, a tak przecież nie uchodzi. u przedstawiciela czekał na mnie znany z kontaktów mailowych sympatyczny sprzedawca, podpisałam papiery, odebrałam samochód i ruszyłam w stronę domu. i co? i okazało się, że dojechałam szybciej, niż maniek z młodymi.


kolejne dni upłynęły pod znakiem rozpakowywania walizek, odbierania frachtu z terminala cargo (szybko i bezboleśnie, aż nie mogłam uwierzyć, że to takie nieskomplikowane... ewidentnie angola mnie rozpieściła :-), rozpakowywania kartonów, przestawiania wszystkiego z kąta w kąt, wojen kolejkowo-telefonicznych z docelowym dostawcą netu, odbieraniem walizek przesłanych kilka tygodni wcześniej okazją, rozpakowywaniem tychże dodatkowych walizek... a w międzyczasie – dzieci szaleją na podwórku od świtu do nocy, simba zwany adolfem szaleje po podwórku od nocy do świtu, j-lo szaleje niezależnie od pory dnia i nocy, maniek montuje trampoliny, hamaki, tory przeszkód, rowery, a ja – ja bezwstydnie przedawkowuję sobie sen i relaks. cisza na naszej wsi jest nieprawdopodobna. pogoda cudowna – tylko dzisiaj trochę padało, ale i tak jest ciepło i prawie bezwietrznie. siedzę teraz z młodymi w pokoju telewizyjnym: młodzi mają prawo do oglądania bajek, dopóki trawnik nie wyschnie, a ja podziwiam ocean lśniący od promieni słońca, kontrast do ciemnych deszczowych chmur, które wiszą nad horyzontem. fantastycznie jest wrócić do domu J

wtorek, 22 lipca 2014

mama indoktrynuje

- józik, kto jest mądrzejszy: chłopcy czy dziewczynki? - pyta kocia podchwytliwie.
- chłopcy - odpowiada józik bez wahania.
- a jakie dziewczynki znasz?
- ariana, madalena... - józik wyczerpał zbiór dziewczynek na dwóch kuzynkach i zamilkł w oczekiwaniu.
- a mama? mama jest dziewczynką czy chłopcem?
- dziewczynką.
- a czy mama jest głupsza od chłopców?
- nie! - stwierdza józik z miną pt. "a cóż to za głupie pytanie?"
- to w takim razie kto jest mądrzejszy: dziewczynki, czy chłopcy?
- dziewczynki i chłopcy - odpowiada józik z namysłem.

***
wściekam się na młodych, bo coś mi podwędzili z szuflady, a po intensywnej zabawie nie mogą fanta zlokalizować, ergo, nie mogą go odłożyć na miejsce, co jest warunkiem niezbędnym dla uniknięcia matczynej wścieklicy.
- czy ja mam was w dupska lać za ruszanie bez pozwolenia moich rzeczy?!
- przecież ty nie bijesz... - odpowiada józik z uśmiechem wyższości pięciolatka, który przyłapał dorosłego na sprzeczności.

a ja bardzo się cieszę, że moje dzieci mają świadomość, że od matki nie oberwą. że owszem, dyscyplina, owszem, zakazy i nakazy, owszem, konsekwencje - ale nie ma bicia.

poniedziałek, 21 lipca 2014

"to już trzecia butelka? jak ten czas szybko płynie..."

dostałam dziś wreszcie fakturę za fracht. nie powiem, żeby za darmo dawali, ale też majtki mi z wrażenia nie spadły. w wyniku sprawnej akcji pt. "wypłata z kasy-wymiana walut-depozyt bankowy-wysłanie skanu potwierdzenia depozytu" faktura została opłacona i niniejszym pudełka wylatują jutro lub pojutrze, a w związku z tym ciśnienie zdecydowanie mi spadło. relaks, pełen relaks, kończę właśnie kolejną butelkę darowanego wina, a darowanemu winu, jak wiadomo, nie zagląda się w zęby. podczas gdy matka się chwieje, dziateczki grają, kochane, w angry birds. w nagrodę dostaną po kilka łyżek nutelli, w tajemnicy przed tatą, który nie wiedzieć czemu tępi wszelkie radości dzieciństwa, z niepohamowanym czekoladowym obżarstwem na czele. to wręcz nieprawdopodobne, żeby kocia, żandarm z ul. magellana, zwolenniczka dyscypliny i absolwentka pedagogiki może nie w herberowskim, ale też i nie w liberalnym wydaniu, była w tym zestawie dobrym policjantem. maniek ewidentnie wymyka się wszelkim statystykom.

jutro lub pojutrze wyłączą nam internet oraz kablówkę i zapanuje medialna cisza przedpodróżna. ja nie wiem, jak dzieci to zniosą, ale ja - bardzo dobrze. maniek też najpewniej boleśnie odczuje brak netu, jednakowoż nie na tyle boleśnie, żeby samemu opłacić kolejny miesiąc. 

dostałam dziś w pracy prezent od naszego wiernego ogrodnika: sadzonki papirusa, chá de caxinde (trawa z rodziny citronnelli), coś, co się tu nazywa "stopa słonia" oraz afrykański tymianek (albo majeranek - zdania w biurze, po analizie organoleptycznej, są podzielone). tymianek, jak na uczciwą afrykańską roślinkę przystało, na pewno jest jadowity oraz dzieciopędny, chociaż pachnie zupełnie po europejsku - odcięłam suche gałązki z nasionami i będę wysiewać w doniczce na werandzie. od papirusa odłamałam "dzieci" - są malutkie, kilkucentymetrowe i spokojnie zmieszczą się w bagażu podręcznym. ze stóp słonia wybrałam najmniejszą - może się w podróży nie wygniecie, a chá de caxinde obharatam przy samej d..., znaczy, samych korzonkach, bo rośnie podobnie jak papirus - od "cebulki". jak mi się ta zieleń przyjmie i rozpleni, to się pochwalę, a na razie ocieram ukradkiem łzy wzruszenia. 

cóż mogę jeszcze dodać - pożegnanie z angolą kosztuje mnie więcej, niżbym się po sobie spodziewała, zważywszy, jak mocno ten piękny kraj skopał mi przez blisko osiem lat tyłek. co chwilę muszę przywoływać się do porządku, żeby nie rozryczeć się w miejscu publicznym. żegnam się, z kim tylko uda mi się pożegnać, z uśmiechem na ustach i obietnicą powrotu. i myślę, że tak naprawdę nie da się do końca, "do syta" pożegnać. nie ma czasu. nie ma jak. pozostaje niedosyt i tęsknota, której żaden racjonalny rachunek korzyści nie wyciszy. 








sobota, 19 lipca 2014

it's a final countdown!

walizki prawie spakowane i trzydzieści razy zważone na okoliczność tego, czy uda się dopchać w ostatnim momencie ostatnie skarpetki, majtochy, koszulki i szorty zdjęte ze sznurka. oraz inocentego, który kilka dni temu przeszedł operację nogi i szyi z powodu zaawansowanego rozprucia i watowego krwotoku. watotoku, dla ścisłości.

nadal nie dostałam kosztorysu na transport naszych pudeł, które od tygodnia kwitną w magazynie firmy, i rozumiecie, że poziom stresu powoli i systematycznie mi wzrasta. w pracy zamykam ostatnie sprawy, które wydają się nie mieć końca. myślę jednakowoż, że dużo bardziej stresują się moim wyjazdem ci, którzy zostają na miejscu...

urządziliśmy przyjęcie pożegnalne. zarówno ilość obecnych gości, jak i dowody sympatii zaskoczyły mnie i bardzo wzruszyły. ciepło mi na sercu, kiedy pomyślę, że ci, z którymi pracowałam i/lub spotykałam się czy to prywatnie, czy służbowo, zachowają o mnie dobre wspomnienia. mam nadzieję, że nikomu przez te lata nie zrobiłam krzywdy i że byłam pomocna w każdej sytuacji, gdy moje wsparcie było potrzebne. trudno mi się było nie poryczeć, ale trzymałam się dzielnie.

a teraz otwieram podarowane wino i będę w nim topić stresy i smutki. wino dobre, bardzo dobre. już czuję, jak mi palce zjeżdżają z klawiatury ;)


poniedziałek, 14 lipca 2014

straciłam z oczu mój fracht... w sercu pustka, w salonie pustka, a za chwilę i w portfelu pustka...

po południu do drzwi zapukał przedstawiciel firmy spedycyjnej w osobie sympatycznego kierowcy o zezie rozbieżnym. zanim ostrożnie przekroczył próg, upewnił się jeszcze: nie macie państwo w domu psa?

nie, tylko dzieci, to wystarczy.

wtedy do mnie dotarło: zez rozbieżny w wyniku ewolucji, poszerza pole widzenia i pozwala w porę zmykać z podwórka, na którym jednak zmaterializuje się pies. 

miły pan sprawnie załadował na pakę naszych skromnych dziesieć paczek i odjechał w siną dal do magazynu, a gdy zniknął za zakrętem, ja zaczęłam się zastanawiać - a jak mu zapierdzielą te moje kartony z paki, kiedy będzie stał w korku? przecież to dziecinnie proste... sama bym się pokusiła. może nie na te dwa najcięższe, dwudziestokilukilogramowe, ale takie skromne 15 kg, co to za problem dla sprawnego ulicznika, pochwycić w biegu i unieść w dal? a potem w ciemnym zaułku otworzyć paczkę i znaleźć w niej kilka pluszaków i książki, a to PECH!
jednak dla spokoju ducha zadzwonię jutro do zazula i zapytam, czy wszystko dojechało...

piątek, 11 lipca 2014

dzień d, godzina h

aż uwierzyć nie mogę - dziś byłam oficjalnie otatni dzień w pracy... oficjalnie, czyli na szpilkach, a nie w klapeczkach i dresiku, bo fizycznie to się tam jeszcze kilka razy pojawię przed wyjazdem - posprzątam biurko, pochowam trupy do szafy, pozamiatam pod... kafle? bo dywanu nie mamy, niedopatrzenie. a od poniedziałku jestem na dwutygodniowym urlopie, dla odstresowania.

wspomnienia mnie napadają i osaczają, gdziekolwiek nie spojrzę - tutaj jedliśmy pierwsze śniadanie na mieście, za tym biurkiem siedziałam w pierwszym dniu praktyk, a za tym - w pierwszym dniu w pracy, tutaj byłam na pierwszym spacerze, w tym budynku nocowaliśmy przez pierwsze dni na obcej ziemi, która z czasem przestała być obca, tu zrobiliśmy sobie pierwsze zdjęcie, TUTAJ WYSZŁAM ZA MĄŻ!!!! ach.

ach, ach.

rok temu, kiedy decyzja o wyjeździe nabierała realnych kształtów, ten dzień wydawał się tak niezwykle odległy, że wręcz nierealny. czas, jak zwykle, płata nam figle.

czwartek, 10 lipca 2014

trzy pogrzeby zaliczone - to może teraz jakieś wesele?

u sąsiada z naprzeciwka trzeci już pogrzeb w przeciągu ostatnich miesięcy. zrobiło się chłodniej, czuwanie na kintalu przy zdjęciu przedwcześnie zmarłej siostry nie przeciąga się do późnych godzin nocnych, jak w lato. punkt szósta rano, dla porządku, zaczynają się lamenty i zawodzenia, potem przerwa na śniadanie, a potem nie wiem, bo jadę do pracy. po południu z kintala dobiega pogrzebowa kizomba ("tylko jezus z moim życiu, tylko jezus w moim domu..." w synkoppowym rytmie, nogi same podrywają się do tańca), goście siedzą na rozstawionych wokół podwórka i wzdłuż sąsiednich bram krzesłąch, podjadają, rozmawiają. na centralnie ustawionym stole stoi zdjęcie zmarłej, obok niego palą się świece.

nie widzę nigdzie córek zmarłej - może to i lepiej, że je stąd zabrano. ostatni raz widziałam dwie małe dziewczynki w niedzielę rano, kiedy to przez trzy godziny krztusiły się od płaczu na werandzie, bo z kliniki przyszła wiadomość, że matka właśnie zmarła. trzy godziny dziecięcego rozpaczliwego płaczu i nikt na to nie reagował.

***
graty spakowane, firma zamówiona, jeszcze tylko muszę zapłacić fakturę za fracht - fakturę, której jeszcze nie dostałam, ale to pikuś, przyniosą mi w przeddzień podróży, jak znam życie. nic nowego.

w pracy ostatnie sprawy do uporządkowania, bez stresu i na spokojnie, aż się dziwię. za to w domu dzieci najwyraźniej postawiły sobie za punkt honoru wyprowadzić matkę z równowagi rekordową ilość razy w krótkim okresie przedwyjazdowym. plan ambitny, ale i wykonawcy niezgorsi i idzie im, przyznam, zajebiście.

józio wczoraj wyciapał pół buteleczki mojego olejku arganowego do włosów - ostatnie pół butelki, żeby nie było nieporozumień. wysmarował sobie całe włosy - oraz majtki, koszulkę, ręcznik, ściany, kawałek podłogi, kurki od kranu w kuchni, huśtawkę na podwórku. przyznam, że miałam ochotę mu najzwyczajniej wlać w tyłek za ruszanie rzeczy z półki objętej bezwzględnym zakazem dotykania przez dzieci (żyletki, produkty żrące typu zmywacz do paznokci, ostre nożyczki, cążki, obcinacze do paznokci, etc. - naszej najbardziej niedostępnej półki, wyżej to już tylko sufit, ale dziecko potrafi), ale wyobraziłam sobie szyderczą minę mańka, jakby stwierdził: "tyle opowiadasz o wychowaniu bez bicia, a tu proszę - wystarczy tylko skuteczniej cię sprowokować". więc nie zlałam, acz darłam się straszliwie, kąpiąc po raz kolejny oślizgłego winowajcę.

a poza tym mamy nową dyscyplinę sportową - coś prawie jak polowanie. józio najpierw zagazowuje baygonem strefę kuchennego patio przy studzienkach, odczekujemy dziesięć minut, a potem zmiatamy dogorywające karaluchy na szufelkę i ziuuuu! do śmietnika. postęp jest ogromny - kiedyś józio uciekał z podwórka na widok dowolnego karalucha (czyli kilka razy dziennie), a teraz odważnie je eksterminuje i nawet własnoręcznie zmiata, co z kolei sprawia, że i julek nabrał odwagi i dzielnie józiowi asystuje.

i jak my się przywzyczaimy do cywilizacji? no jak? jakoś tego nie widzę... :)