sobota, 15 lutego 2014

maraton

miałam strasznie maratoński tydzień. każdego poranka budziłam się z uczuciem, że już jest piątek -  w końcu przez dwa pierwsze dni robocze utyrałam się tyle, ile powinnam przez pięć - i każdego poranka piątek to nie był. piątek nastał dopiero we właściwym sobie czasie.

dzisiaj rano jechałam jeszcze na lotnisko odebrać nowego kolegę i zainstalować go w mieszkaniu - a ponieważ trochę czasu na to zeszło, jechałam do domu dręczona wyrzutami sumienia, że józio już się zbudził, że będzie mu przykro, bo jeszcze wczoraj przed snem powtarzał, żebym go zbudziła, bo chce koniecznie jechać na lotnisko ze mną... delikatnie otworzyłam drzwi do domu o godz. 11.00 - przywitała mnie cisza i lekkie pochrapywanie z górnego piętra. acha, szlachta jeszcze odpoczywa.

pozmywałam naczynia, nastawiłam pranie, wywiesiłam, nastawiłam kolejne - i koło południa usłyszałam odgłosy powolnego budzenia się potomstwa. pognałam na górę, pełna szczerych chęci zrekompensowania dziecku zawodu, jaki mu sprawiłam. pierwsze pytanie józia, gdy zobaczył mnie w progu:
- mamusiu, ty już byłaś na lotnisku, już wróciłaś?
- tak, syneczku, - zaczęłam się gęsto tłumaczyć - musiałam pojechać bardzo wcześnie, a ty jeszcze spałeś i kiedy próbowałam cię budzić, tylko mruczałeś (kłamca! kłamca! nawet nie próbowałam go budzić :D), budziłam cię i budziłam, ale ty chciałeś spać, więc musiałam pojechać sama...
a józio popatrzył na mnie z politowaniem i stwierdził:
- mamusiu, przecież ja ci wczoraj mówiłem, że nie chcę jechać na lotnisko...
- ?!

***
a teraz kontempluję sobie przez okno dzielnicę pogrążoną w totalnych ciemnościach (prądu nie ma od ponad 12 godzin) i wsłuchuję się w kojące mruczenie generatora, łudząc się, że jeśli użyję wyrazów "mruczenie" i "kojące", to ten wszechobecny huk będzie mniej wkurzający.

u sąsiadów z naprzeciwka kolejny pogrzeb. dziś wystawili na podwórku stolik ze zdjęciem zmarłego i stoły z jedzeniem. rodzina i przyjaciele posilali się cały dzień, towarzysząc rodzinie zmarłego. jutro będzie tak samo, a przed samym pogrzebem (być może już w poniedziałek?) dojedzie tu na godzinę sam zmarły - wtedy przy trumnie będą zawodziły najęte płaczki, a na ulicy ustawi się długa kolejka do kondolencji, a potem wszyscy pojadą na cmentarz. strasznie drogo wychodzą takie pogrzeby i jest to biznes nie mniejszy, niż wesela i zaręczyny.

jutro - o ile prąd wróci i wyłączą generatory, a uczczenie pamięci zmarłego nie zacznie się zbyt wcześnie - mam wreszcie szansę się wyspać po tym maratonie.


niedziela, 2 lutego 2014

pierwsze z dwóch tysięcy leczo

natchnięta wizją, którą sama sobie roztoczyłam o poranku, pognałam przed południem do sklepu po cukinię i cebulkę. skroiłam je, plus papryka czerwona i żółta, plus ananas, plus pomidory, plus pierś z kurczaka i pieczarki, które wyciągnęłam z innego dania przygotowanego przez gosposię na weekend, plus różne różności przyprawowe, wszystko do gara wraz z podsmażoną uprzednio cebulką - i po pół godzinie miałam na talerzu tak genialne leczo, że z trudem powstrzymałam się przed pochłonięciem wszystkiego za jednym zamachem. zostawiłam sobie trochę na obiad do pracy na jutro. a potem z rozpędu upiekłam ciasto jogurtowe, co mi się bardzo chwali, bo chodziłam dziś tak śnięta, że aż się dziwię, że w ogóle podniosłam się z łóżka, a co dopiero brać się za kulinaria.

mam tak każdego poranka i w każdy weekend - budzik może dzwonić do oporu, a ja nie mam siły podnieść głowy z poduszki. potem, w miarę upływu dnia, jakoś odzyskuję pion, ale po południu potrafię zasnąć na podłodze pośród zabawek młodych. popołudniowa drzemka w weekend jest absolutnym błogosławieństwem.

pojutrze jest święto -  4 lutego, początek walki zbrojnej z kolonializmem. hymn narodowy zaczyna się właśnie tak: "czwartego lutego o pranku bohaterowie zrzucili kajdany..." jakby się tak głębiej zastanowić, to robienie czegokolwiek o poranku jest niezgodne z miejscową praktyką, a nawet kłóci się z duchem narodu (vide moje majstry, co to zawsze są u mnie "bardzo wcześnie, punkt 7.00"), więc ja tam zmieniłabym słowa na "czwartego lutego po pożywnym śniadaniu bohaterowie zrzucili kajdany" - i od razu historia staje bardziej wiarygodna, a także przystępniejsza dla młodzieży.

dobra, idę spać, bo zaczynam gmerać w świętościach, a to się różnie może skończyć :)

pit, pit i po pit-cie

zainspirowana pilnością babki, rozpykałam dzis rano, i to nawet przed śniadaniem, moje zeznanie podatkowe - dwa miesiące wcześniej, niż w latach ubiegłych!!! w tym roku korzystałam z innego programu, niż w latach ubiegłych, bo nowa wersja dotychczas używanego nie chciała się prawidłowo zainstalować i otworzyć - dałam sobie zatem spokój.

nowy program wyliczył, co trzeba, a na koniec spreparował e-deklarację (której to aplikacja też w zeszłym roku bzikowała na moim koputerze, więc musiałam w końcu wysłać pit dhl-em za jedyne nieopodatkowane 99,95 usd) - więc mogę powiedzieć, że mam to już z banieczki, a to bardzo dobry początek nowego tygodnia i miesiąca.

jedyne, co mi się nie spodobało, to to, że program automatycznie i bez możliwości modyfikacji wpisuje nr krs wybranej opp - a informacji takiej nie ma ani na stronie producenta, ani w regulaminie korzystania z programu (być może jest gdzieś po drodze w licencji użytkownika, ale się nie doczytałam). jestem wielkim zwolennikiem oddawania 1% podatku na opp i co roku przeznaczam ten mój 1% na jakąś organizację, ale chcę wiedzieć, komu oddaję tę kwotę i na jaki cel będzie ona przeznaczona. nieźle się musiałam napocić, żeby wyszukać w necie informacje nt. rzeczonej opp, zanim uznałam, że cel jest warty mojego 1%. proszę nie mieć mi za złe: jeśli mam wybór między organizacją wspierającą wioski dziecięce, rehabilitację osób niepełnosprawnych, wyrównywanie szans dzieci z trudnych rodzin, leczenie trudnych chorób nierefundowanych przez nfz itp., a np. schroniskiem dla zwierząt - wybiorę ludzi. więc jeśli ów progrma zmuszałby mnie do oddania 1% na cel niezgodny z moimi priorytetami - ściągnęłabym z netu inny program.

porównując kolejne pity wysyłane mi co roku przez pracodawcę, zauważam pozytywną tendencję, która, niestety, w połowie tego roku ulegnie spodziewanemu załamaniu, mianowicie - stały i niemały wzrost dochodów :) na pewno upłynie trochę czasu, zanim znowu w corocznym zeznaniu będę mogła wpisać porównywalne kwoty, hhihihihi, ale za to - te liczne swetry dziergane wieczorami, te tony garów umyte, hektary wypolerowanego parkietu i wymytych kafli, tysiąge garnków zup, gulaszy, ziemniaków, leczo, tysiące patelni kotletów, tysiące pieczonych kurcząt i grillowanych ryb, wypielone grządki, wyprasowane na kant kalesony i ta głęboka satysfakcja płynąca z głośno i aktywnie wyrażanej przez rodzinę wdzięczności za codzienne domowe prace matki polki... nie mogę się doczekać :D

a na poważnie - każdy wybór ma swoje konsekwencje, nikt mnie nie zmuszał do złożenia wymówienia i nikt mi nie zabraniał ubiegać się o przeniesienie na inne stanowisko do innego kraju. to był mój wybór. więc nie marudzić - szukać swojej drogi  :)

poniedziałek, 27 stycznia 2014

czyszczenie studzienek - odsłona druga

majstry miały pojawić się bardzo wcześnie, "najpóźniej 7.30, na pewno" - więc spokojnie pojechałam do pracy, przygotowałam kilka dokumentów, uporządkowałam parę spraw, a kiedy zadzwoniłam do nich o 10.40, powiedzieli mi, że właśnie dotarli do mojego domu, ale nic nie mogą zrobić, bo studzienki na ulicy są zapchane i nie mogą wypompować zawartości naszych studzienek do ulicznego rynsztoka.

opanowałam szereg brzydkich słów, jakie cisnęły mi się na usta, i kazałam im na mnie zaczekać. po piętnastu minutach byłam w domu i po obsztorcowaniu świętej trójcy okazało się, że jednak jest rozwiązanie problemu - ale i tak to ja na nie wpadłam, bo oni byli już spakowani i gotowi do wyjścia. kazałam im zatkać przepływ między studzienkami, żeby brud, wypompowywany z jednej do drugiej, nie wracał - a tak się działo, więc przez pierwsze minuty panowie pompowali ścieki w kółeczko, jedynie coraz mocniej je spieniając i rozsiewając smród po okolicy.

w międzyczasie zajrzałam na podwórko i zobaczyłam, iż w promieniu dwu metrów od studzienki wszystko pokryte jest centymetrową warstwą gówna. "ciśnienie było za duże i wąż odczepił od pompy", wyjaśnili beztrosko majstrowie.

okazało się, że mój pomysł zadziałał - w końcu wypompowali problematyczną studzienkę, usunęli z niej piach, usunęli syf, w międzyczasie ścieki spłynęły z ostatniej studzienki w swoją dalszą ściekową drogę (o czym przekonaliśmy się, widząc, jak w ciągu minuty poziom wody się w ostatniej studzience obniżył do właściwego), na koniec mistrze wyjęli zaimprowizowany tampon z rur - i oto jest przepływ między studzienkami. przynajmniej na razie, bo nasz sąsiad, sądząc po tym, co dzisiaj widziałam w naszej studzience, stawia sobie za punkt honoru zapchać kanalizację nie tylko we własnym domu, ale i dwu sąsiednich, z którymi tę kanalizację dzieli. skąd wiem, że to sąsiad? bo w moim domu nikt nie wrzuca do ubikacji zużytych prezerwatyw i opakowań po nich. co więcej, wskazuje to na fakt, iż sąsiad bzyka swoją gosposię, bo w weekend nikt go nie odwiedzał, a ja widziałam zawartość studzienek w piątek - wtedy takie eksponaty jeszcze tam nie pływały. drugą opcją może być to, że strażnik bzyka psa sąsiada.

kiedy majstry wyszły, była już pora obiadowa - do biura już, rzecz jasna, nie wróciłam. tak oto prosta z pozoru czynność, jaką jest wyczyszczenie studzienek i przepchanie jednej rury, skonsumowało moje dwa dni robocze, bo gdybym nad nimi nie stała, absolutnie nic by nie zrobili.

niedziela, 26 stycznia 2014

jak to komu zrobić dobrze

maniek umył mi wczoraj szlauchem samochód - a wraz z samochodem, książki i zeszyt do francuskiego, które to leżały opodal w płóciennej torbie, przywiezione z pracy w piątek i wyjęte z samochodu w ostatniej chwili przed sobotnią wycieczką na plażę. nie chciało mi się torby zanieść do domu, zostawiłam na podwórku i mam za swoje.

co prawda wszystko wyschło do wieczora, ale kartki są fantazyjnie pomarszczone - coś takiego, za co w odległych czasach dostałoby się uwagę do dzienniczka, a teraz myślę sobie z wewnętrzną satysfakcją - nikt mi już nigdy uwagi do dzienniczka nie wpisze. nie żeby kiedykolwiek ktoś wpisał, ale świadomość przywilejów płynących z dorosłości stanowi równowagę dla faktu, że się próchno z dupy sypie.

jutro muszę być w pracy bardzo wcześnie, zabójczo wcześnie rzekłabym wręcz, albowiem potrzebuję przygotować kilka dokumantów do podpisu, zeskanowania i wysłania, zanim moi supermajstrowie zapukają do bramy świtkiem koło jedenastej. wtedy z czystym sumieniem będę mogła urwać się na chwilę z biura i zobaczyć, jakież to spustoszenie tym razem poczynią ci geniusze w moich studzienkach i czy pangdaż zrealizowany w takim zakresie wystarczy, żebyśmy mieli relatywnie spokojną porę deszczową bez nadmiaru gówna na podwórku.

w kwestii pracowitego spędzania weekendu zdradzę wam, że nie poczyniłam żadnych postępów w tłumaczeniu mojego suplementu, ba, bezczelnie ignorowałam brzeg dokumentu wystający z plastikowej szuflady na górnej półce. za to zszyłam robocze spodnie mańka, które przetarły się już zupełnie na kolanach, oraz przyszyłam po raz pięćdziesiąty siódmy pasek od artystycznego fartuszka julka, który to pasek julek systematycznie wyrywa, bo nie umie odpiąć plastikowej klamerki, a jest zbyt samodzielny, żeby poprosić kogokolwiek o pomoc. po co zresztą prosić, skoro radzi sobie z problemem? a to, że fartuszek jest nie do użycia do czasu, aż matka po raz kolejny przyszyje pasek, to już niestety skutek uboczny, można by rzec - cena geniuszu.

uszyłam też prawie (zostało troszkę do wykończenia) kolejne spodnie, które wykrojone leżały cierpliwie już chyba ze dwa tygodnie. szyje mi się coraz szybciej i coraz przyjemniej, za każdym razem efekt końcowy też jest coraz lepszy, nawet maniek kiwa głową z uznaniem. w tym miejscu przyznam nieskromnie, że duma mnie rozpiera, bo - oprócz nauczonych przez mamę podstaw obchodzenia się z maszyną do szycia - jestem całkowitym burdowym samoukiem. rodzice dali mi kopa, fundując dwie kolejne maszyny do szycia (drugiej używam obecnie), a na samym początku mama wypożyczyła mi na wieczne nieoddanie swojego muzealnego łucznika, który teraz przebywa na emeryturze, zdaje się, u myszy (?). czwartą maszynę - czteronitkowy overlock singera - kupiłam już za własne fundusze, co jest kolejnym powodem do dumy. overlock czeka cierpliwie w portugalii na mój powrót, a na razie obejrzałam sobie dokładnie instrukcję obsługi na załączonym cd i zachwyciłam sie jeszcze bardziej, niż wtedy, kiedy zobaczyłam prawdziwego singera w tak nieprawdopodobnej cenie :)

od dziś do naszego wyjazdu równo sześć miesięcy - overlocki, manekiny, tony materiałów, guzików i zamków, które mam poupychane w szufladach - szykujcie się, nadciągam! :)

piątek, 24 stycznia 2014

czyszczenie studzienek - odsłona pierwsza

miałam dziś pójść do pracy na nieco późniejszą godzinę, bo na ósmą umówiłam się z hydraulikiem (tak szumnie nazywam chłopaka od grzebania się w gównie) na czyszczenie studzienek w domu. postanowiłam sobie, że tym razem nie zdam się na nadzór gosposi i sama nad gównospecem postoję i dopilnuję, żeby praca została wykonana jak należy.

w efekcie do pracy nie dotarłam w ogóle, bo moi spece sztuk trzy zapukali do bramy o 10.30. chcieli otworzyć tylko tę jedną problematyczną studzienkę, ale kazałam im otworzyć wszystkie trzy. potem przekonywali mnie, że między wylewającą studzienką a pozostałymi dwiema nie ma połączenia - a ja ich przekonywałam, że jest, bo pamiętam z poprzednich czyszczęń, jak mniej więcej biegną te połączenia. podumali, podumali, stwierdzili, że sprężyna, którą przynieśli, nie nadaje się do przepchania tak długiej rury, i poszli do sklepu po inną. po pół godziny wrócili i podjęli na nowo wysiłki. nie będę przytaczać wszystkich gównianych opisów, dość, że mądrze zrobiłam, pozostając dziś w domu. na koniec stwierdzili, że w poniedziałek przyjdą jeszcze raz z innym specjalistycznym sprzętem, bo studzienka i rury są pełne piachu i oni to muszą wszystko usunąć. piach, obawiam się, jest w tym zgniłym systemie systematycznie uzupełniany, bo spływa razem z deszczówką z dachu, do którego nie mamy dostępu i nie możemy go uprzątnąć. co za geniusz wymyślił, żeby deszczówkę połączyć ze studzienkami ściekowymi - niech mu ziemia lekką będzie, bo szanse na to, że do dzisiaj zdążył już zapić się na śmierć, rozbić na motorze lub umrzeć na aids, są spore.

no zobaczymy. przez weekend studzienka powinna wytrzymać, bo częściowo rurę odetkali. oby tylko nie padało - bo wtedy nie ma siły, wybije jak komu dzwon.

a ja, jak wspomniałam, do pracy nie dotarłam, bo majstry poszły sobie w porze obiadowej, więc już machnęłam ręką: na dwie godziny efektywnej pracy nie będę się tłuc w korkach przez kolejne dwie.

środa, 22 stycznia 2014

każdy ptaszek ma swój daszek

julek po kąpieli siedzi na moim łóżku i próbuje obejrzeć sobie siurka, ale nie może, bo brzuch mu zasłania. po kilku minutach bezowocnych prób odwraca się do mnie i stwierdza zdziwiony:
- mamo, nie widać!

a mógłby przysiąc, że jak gmera ręką w majtach, to coś tam ewidentnie jest.

jest to jedno z licznych rozczarowań, jakie w ciągu życia spotykają człowieka, ale julek akurat dzielnie im stawia czoła, a w tym wypadku - brzucha.

chłopaki właśnie zrobiły sobie na moim łóżku samolot z poduszek i plastikowych pudełek, więć próbuję zasiać ziarno terroru, zapowiadając, że mama idzie spać, zaczem łóżko ma być uprzątnięte, a w pokoju - cisza. jakby wyczuwając dramat sytuacji, julek powtarza co chwilę: "ten samolot spadnie". oczy mi łzawią ze zmęczenia jakby im za to płacili. idę się obalić w kokpicie albo luku bagażowym, bo widzę, że terror zasiany przez matkę charakteryzuje się niską skutecznością :)