...tak zaczyna się książka, której teraz słucham. książka po francusku, więc rozumiem piąte przez dziesiąte, ale nie poddaję się :)
uwinęłam się dzisiaj sprawniej z robotą i wróciłam do domu nieco wcześniej, bośmy odwołały naszą copiątkową lekcję francuskiego. w ramach uciszania wyrzutów sumienia słuchałam francuskiego audiobooka przez całą drogę do domu. ale w ramach nieprzesadzania z pilnością - nie zabrałam książek z pracy na weekend :)
znowu nie ma prądu w dzielnicy, więc generatory wyją. jakość mojego dzisiejszego snu stoi pod znakiem zapytania. idę poszukać sobie cichego miesjca do poczytania książki.
piątek, 17 stycznia 2014
czwartek, 16 stycznia 2014
mając świadomość...
a zatem - mając świadomość, że zachowuję się wrednie i nieracjonalnie, wrzeszczałam dziś na moje dzieci, domagając się ciszy. albo przynajmniej ograniczenia wrzasków. tak jakby kiedykolwiek małe zołzy potrafiły być cicho - oni nawet przez sen gadają!
na swoje usprawieliwienie mam to, że dzisiaj darli się wyjątkowo intensywnie, a mi rozsadzało czerep po kolejnym dniu przed komputerem.
w nagrodę za moje cierpienia kablówka puściła wieczorem "dumę i uprzedzenie", film, który widziałam już kilkanaście razy i za każdym razem mnie zachwyca.
tęsknię za wiosną. taką z ostrym powietrzem, zapachem mokrej ziemi, bladozielonymi listkami, przebiśniegami i nadzieją czyhającą na nas na każdym kroku. tęsknię za tym, żeby o poranku otworzyć okna i nie poczuć cuchu ścieków zalegających na ulicy. parę dni temu sąsiad zorganizował zrzutkę wśród mieszkańców naszej ulicy - chcą zatrudnić firmę, żeby oczyściła nasz rynsztoczek. zapłaciłam składkę i czekam z cichą wiosenną nadzieją, że kasa nie zostanie sprzeniewierzona.
skroiłam kolejne spodnie i nie mam czasu ich uszyć. ostatni weekend mi się jakoś rozlazł, nie ruszyłam ani jednej fastrygi, a najwyższy czas zabrać się za jakąś sukienkę.
nagadała się, to teraz idzie spać - jutro kolejny dzień pracy i pewnie znowu całe popołudnie z bólem głowy, aż skończy się gorący okres sprawozdawczy.
na swoje usprawieliwienie mam to, że dzisiaj darli się wyjątkowo intensywnie, a mi rozsadzało czerep po kolejnym dniu przed komputerem.
w nagrodę za moje cierpienia kablówka puściła wieczorem "dumę i uprzedzenie", film, który widziałam już kilkanaście razy i za każdym razem mnie zachwyca.
tęsknię za wiosną. taką z ostrym powietrzem, zapachem mokrej ziemi, bladozielonymi listkami, przebiśniegami i nadzieją czyhającą na nas na każdym kroku. tęsknię za tym, żeby o poranku otworzyć okna i nie poczuć cuchu ścieków zalegających na ulicy. parę dni temu sąsiad zorganizował zrzutkę wśród mieszkańców naszej ulicy - chcą zatrudnić firmę, żeby oczyściła nasz rynsztoczek. zapłaciłam składkę i czekam z cichą wiosenną nadzieją, że kasa nie zostanie sprzeniewierzona.
skroiłam kolejne spodnie i nie mam czasu ich uszyć. ostatni weekend mi się jakoś rozlazł, nie ruszyłam ani jednej fastrygi, a najwyższy czas zabrać się za jakąś sukienkę.
nagadała się, to teraz idzie spać - jutro kolejny dzień pracy i pewnie znowu całe popołudnie z bólem głowy, aż skończy się gorący okres sprawozdawczy.
środa, 15 stycznia 2014
powody do wdzięczności i poczucie szczęścia nad miską zupy
wracałam po pracy do domu z bólem głowy, po kilkugodzinnym ślęczeniu nad sprawozdaniami i gapieniu się w cyferki i tabelki na ekranie komputera. ciągle wychodziły mi jakieś błędy i niezgodności, więc szukałam i poprawiałam do skutku. na koniec dnia wszystko wyglądało już w miarę spójnie i prawidłowo - ale za to ja byłam zupełnie wypluta.
kiedy zasiadłam w domu nad miseczką ciepłej smacznej zupy, a potem wstawiłam wymęczone kości pod gorący prysznic, uświadomiłam sobie, że są to rzeczy, które na co dzień bierzemy za pewnik: jedzenie na stole i możliwość zapewnienia ciału minimalnego komfortu (bieżąca woda, łóżko, ubrania). dzięki ci, panie boże, że na naszym stole nie brakuje jedzenia i że "ty jeden pozwalasz nam mieszkać bezpiecznie" :)
poranne audycje radiowe są dla mnie źródłem nieustającej inspiracji. dzieci gmerały mi ostatnio w radiu i zanim wpadłam na to (dziś po południu), jak przywrócić ustawiony wcześniej układ zaprogramowanych stacji i wyłączyć włączające się uparcie automatyczne poszukiwanie, przez kilka dni działały mi tylko dwie stacje: jedna w kimbundu, a druga sportowa. ło jezu, czego ja się tam nasłuchałam! dziś rano, na ten przykład, rozmowa z komentatorem nt. jakiegoś turnieju odbywającego się poza stolicą, mniejsza o dyscyplinę: "jednakolwiek zawodnicy są młodzi, ale między pierwszymi trzema meczami a kolejnym mieli niecałą dobę odpoczynku i nie zdążyli odpocząć. wiadomo, że jak zawodnik jest zmęczony fizycznie, to psychologicznie też. a jak zawodnik jest zmęczony psychologicznie, to nie myśli. a wiadomo, że jak zawodnik nie myśli dużo, to myśli mało." święte słowa, lepiej bym tego nie ujęła. najbardziej twórcze są u nich przysłówki i wyrażenia przyimkowe wzbogacane przypadkowymi prefiksami i sufiksami - tego nie ma w słownikach, to jest sama esencja, w którą trzeba się zanurzyć i smakować. to jakby gramatykę języka portugalskiego wrzucić do blendera, a potem posklejać strony na chybił trafił, byle wyszedł format a4...
tak oto leżę w łóżku i psychologicznie nastawiam się na odpoczynek i sen, a wiadomo, że jak nie śpię dużo, to śpię mało. julek znosi mi do łóżka różne twarde zkabawki, o które potem odgniatam się w nocy. budzę się z karetką pogotowia odciśniętą na policzku i klnę w duchu, nadeptując na helikopter transportujący klatkę z dinozaurami.
kiedy zasiadłam w domu nad miseczką ciepłej smacznej zupy, a potem wstawiłam wymęczone kości pod gorący prysznic, uświadomiłam sobie, że są to rzeczy, które na co dzień bierzemy za pewnik: jedzenie na stole i możliwość zapewnienia ciału minimalnego komfortu (bieżąca woda, łóżko, ubrania). dzięki ci, panie boże, że na naszym stole nie brakuje jedzenia i że "ty jeden pozwalasz nam mieszkać bezpiecznie" :)
poranne audycje radiowe są dla mnie źródłem nieustającej inspiracji. dzieci gmerały mi ostatnio w radiu i zanim wpadłam na to (dziś po południu), jak przywrócić ustawiony wcześniej układ zaprogramowanych stacji i wyłączyć włączające się uparcie automatyczne poszukiwanie, przez kilka dni działały mi tylko dwie stacje: jedna w kimbundu, a druga sportowa. ło jezu, czego ja się tam nasłuchałam! dziś rano, na ten przykład, rozmowa z komentatorem nt. jakiegoś turnieju odbywającego się poza stolicą, mniejsza o dyscyplinę: "jednakolwiek zawodnicy są młodzi, ale między pierwszymi trzema meczami a kolejnym mieli niecałą dobę odpoczynku i nie zdążyli odpocząć. wiadomo, że jak zawodnik jest zmęczony fizycznie, to psychologicznie też. a jak zawodnik jest zmęczony psychologicznie, to nie myśli. a wiadomo, że jak zawodnik nie myśli dużo, to myśli mało." święte słowa, lepiej bym tego nie ujęła. najbardziej twórcze są u nich przysłówki i wyrażenia przyimkowe wzbogacane przypadkowymi prefiksami i sufiksami - tego nie ma w słownikach, to jest sama esencja, w którą trzeba się zanurzyć i smakować. to jakby gramatykę języka portugalskiego wrzucić do blendera, a potem posklejać strony na chybił trafił, byle wyszedł format a4...
tak oto leżę w łóżku i psychologicznie nastawiam się na odpoczynek i sen, a wiadomo, że jak nie śpię dużo, to śpię mało. julek znosi mi do łóżka różne twarde zkabawki, o które potem odgniatam się w nocy. budzę się z karetką pogotowia odciśniętą na policzku i klnę w duchu, nadeptując na helikopter transportujący klatkę z dinozaurami.
czwartek, 2 stycznia 2014
cudowny wolny dzień :)
bez przymusu wstania o poranku - zbudziłam się i tak o 7.00 i nie mogłam już zasnąć, więc poszłam zrobić sobie śniadanie. zrobiłam grzanki, zaparzyłam herbatkę (och, kawo moja, gdzieś ty!...), poczytałam wirtualną gazetkę, a potem zasiadłam do wykańczania rozpoczętych robótek.
w rezultacie nowiutkie spodnie wiszą odprasowane w szafie. moje gosposie wpadły w zachwyt i mówią mi, że takie spodnie to teraz absolutny hit i chodzą po co najmniej 50 dolców. zważywszy, że za materiał zapłaciłam niecałe pięć usd, wynik jest niezły :)
w porzuconej dawno koszuli muszę już tylko przyszyć guziki i wydziergać dziurki. ciężko mi się tę koszulkę szyło - materiał i maszyna nie bardzo się polubiły i albo łamała mi się igła, albo transport bzikował, albo jedno i drugie równocześnie. materiał był cienki, gęsto tkany i bardzo śliski, a to okazało się zdradliwe. cóż, nowe doświadczenie.
w najbliższy weekend biorę na warsztat szary sztruks, który kupiłam wieki temu i do którego właśnie znalazłam odpowiedni wykrój - szerokie wygodne spodnie. potem biorę się za letnie sukienki.
***
młodzi bawią się przez kwadrans jeden przy drugim, ale osobno, bez kłótni, wymieniąjąc się sporadycznie uwagami:
- józek, rysujesz kółeczko? - pyta julek
- nie - odpowiada józio z rozbawieniem pełnym wyższości - to jest cieżarówka wywrotka.
- ahaaaaa. ciężarówka, żeby transportować kółeczko?
***
jutro znowu do roboty. robić mi się nie chce. czas płynie zawrotnie szybko, styczeń to sprawozdania, luty - marzec to porządki, bieżące sprawy i znowu sprawozdania na początku kwietnia; po drodze na pewno ktoś nas oficjalnie odwiedzi, więc będziemy miały dodatkową rozrywkę z opanowaniem logistyki; maj - święta, czerwiec - doprasowywanie budżetu przed sprawozdaniem półrocznym; lipiec - ostatnie porządki i oddaję posprzątane biurko następcy, jeśli się do tego czasu pojawi. posprzątane biurko i siedemdziesiąt pięć segregatorów z bieżącymi sprawami, ohsiohsiohsio, niech się od tej pory martwi kto inny :)
za chwilę będziemy pakowali do walizek i kartonów ostatnie bambetle. przechadzając się po mieszkaniu, wpisuję kolejne rzeczy na moją mentalną listę "do spakowania" albo je z niej wykreślam. na stronie przewoźnika, w zakładce "cargo", znalazłam masę wyczerpujących i pomocnych informacji: 99% wpisów pod faq brzmiała "skontaktuj się z lokalnym przedstawicielem przewoźnika w celu uzyskania szczegółowych informacji".
myślami jestem już w moim przydomowym ogródku i sieję selera, buraczki, koperek, pietruszkę oraz sadzę pomidory, które potem napełnią zapachem całą kuchnię; sadzę truskawki, poziomki i maliny. zrywam świeżutką miętę czekoladową i dorzucam gałązkę do świeżo zaparzonej czarnej herbaty. w doniczce kuchennej sadzę chá de caxinde, citronellę, która będzie mi przypominać o przyjemnych chwilach spędzonych tutaj.
myślami jestem na naszym tarasie o wschodzie słońca. wiatr targa mi włosy, czerwonozłoty blask rozlewa się po niebie, pola pachną mokrą ziemią i mgłą, pieją koguty. cisza. wszechogarniająca kojąca cisza. cały dom śpi, cała wioska śpi. to już tylko kilka miesięcy :)
a tymczasem józio woła mnie na kolację, więc dosyć tych miłych wizualizacji - pora zmierzyć się z kanapką.
w rezultacie nowiutkie spodnie wiszą odprasowane w szafie. moje gosposie wpadły w zachwyt i mówią mi, że takie spodnie to teraz absolutny hit i chodzą po co najmniej 50 dolców. zważywszy, że za materiał zapłaciłam niecałe pięć usd, wynik jest niezły :)
w porzuconej dawno koszuli muszę już tylko przyszyć guziki i wydziergać dziurki. ciężko mi się tę koszulkę szyło - materiał i maszyna nie bardzo się polubiły i albo łamała mi się igła, albo transport bzikował, albo jedno i drugie równocześnie. materiał był cienki, gęsto tkany i bardzo śliski, a to okazało się zdradliwe. cóż, nowe doświadczenie.
w najbliższy weekend biorę na warsztat szary sztruks, który kupiłam wieki temu i do którego właśnie znalazłam odpowiedni wykrój - szerokie wygodne spodnie. potem biorę się za letnie sukienki.
***
młodzi bawią się przez kwadrans jeden przy drugim, ale osobno, bez kłótni, wymieniąjąc się sporadycznie uwagami:
- józek, rysujesz kółeczko? - pyta julek
- nie - odpowiada józio z rozbawieniem pełnym wyższości - to jest cieżarówka wywrotka.
- ahaaaaa. ciężarówka, żeby transportować kółeczko?
***
jutro znowu do roboty. robić mi się nie chce. czas płynie zawrotnie szybko, styczeń to sprawozdania, luty - marzec to porządki, bieżące sprawy i znowu sprawozdania na początku kwietnia; po drodze na pewno ktoś nas oficjalnie odwiedzi, więc będziemy miały dodatkową rozrywkę z opanowaniem logistyki; maj - święta, czerwiec - doprasowywanie budżetu przed sprawozdaniem półrocznym; lipiec - ostatnie porządki i oddaję posprzątane biurko następcy, jeśli się do tego czasu pojawi. posprzątane biurko i siedemdziesiąt pięć segregatorów z bieżącymi sprawami, ohsiohsiohsio, niech się od tej pory martwi kto inny :)
za chwilę będziemy pakowali do walizek i kartonów ostatnie bambetle. przechadzając się po mieszkaniu, wpisuję kolejne rzeczy na moją mentalną listę "do spakowania" albo je z niej wykreślam. na stronie przewoźnika, w zakładce "cargo", znalazłam masę wyczerpujących i pomocnych informacji: 99% wpisów pod faq brzmiała "skontaktuj się z lokalnym przedstawicielem przewoźnika w celu uzyskania szczegółowych informacji".
myślami jestem już w moim przydomowym ogródku i sieję selera, buraczki, koperek, pietruszkę oraz sadzę pomidory, które potem napełnią zapachem całą kuchnię; sadzę truskawki, poziomki i maliny. zrywam świeżutką miętę czekoladową i dorzucam gałązkę do świeżo zaparzonej czarnej herbaty. w doniczce kuchennej sadzę chá de caxinde, citronellę, która będzie mi przypominać o przyjemnych chwilach spędzonych tutaj.
myślami jestem na naszym tarasie o wschodzie słońca. wiatr targa mi włosy, czerwonozłoty blask rozlewa się po niebie, pola pachną mokrą ziemią i mgłą, pieją koguty. cisza. wszechogarniająca kojąca cisza. cały dom śpi, cała wioska śpi. to już tylko kilka miesięcy :)
a tymczasem józio woła mnie na kolację, więc dosyć tych miłych wizualizacji - pora zmierzyć się z kanapką.
środa, 1 stycznia 2014
jakiż zawód!...
otóż wbrew czarnym przewidywaniom (czarnym, hehehe, nomen omen), noc sylwestrowa w naszej dzielnicy była wyjątkowo spokojna. w najbliższym sąsiedztwie nie odbyły się żadne huczne imprezy, ani jednej prywatki, ani nawet kapiszonów, ani sztucznych ogni. słyszałam w radiu w ciągu ostatnich dni, że sporo imprez zostało odwołanych, bo nie otrzymały pozwolenia lokalnej administracji - ale nie sądziłam, że ktoś to weźmie poważnie. do tej pory nikt nie brał ;)
koniec końców, cisza była prawie jak makiem zasiał, wyspałam się, wykaszlałam się do woli, wycharałam płuca na poduszkę, a wstałam rześka jak - no właśnie, jak co? jak poranek? a co to za rześkość przy 35+ stopniach? i zabrałam się za szycie. podkończyłam nieco wspomniane poprzednio spodnie i przeszyłam parę ściegów w zapomnianej już nieco koszuli na krótki rękaw, którą zaczęłam chyba ze dwa miesiące temu. jedno i drugie mam szanę wykończyć jutro, gdyż wzięłam sobie jeden dzień wolnego :)
zrobiłam dziś pizzę na kolację, a na podwieczorek gofry, więc uznać można, że zasób dobroci dla zwierząt na ten miesiąc został wyczerpany. może jeszcze zrobię jutro babeczki. należy docenić to tym bardziej, że chodzę ostatnimi dniami nieco zmulona - nie mogę zaparzyć sobie kawy, bo mi gosposie przy myciu garów zdematerializowały sitko od ekspresu. sitko zapewne wyemigrowało w śmieciach, wyrzucone przy okazji wystukiwania kawowych fusów. jestem głęboko niepocieszona, bo tu na miejscu nie ma szans za zakup części, muszę poczekać do powrotu do europy.
idę napuścić sobie wody do wanny. będzie kąpiel z ostatnią saszetką soli lawendowych, bo bogatemu kto zabroni :)
wtorek, 31 grudnia 2013
szczęśliwego nowego roku!
postanowiłam być oryginalna, stąd taki tytuł notki.
pracę skończyłam dziś o 12.00, bo chwilę potem zaczynali już planowo zamykać ulice na mojej trasie powrotnej do domu - o 17.00 ma przebiec tamtędy 1.500 uczestników maratonu sylwestrowego. i niech sobie biegną na zdrowie, ja już spokojnie w domu umieram na zapalenie gardła.
ostatnie dni przed zakończeniem roku naznaczone były dokonaniami na miarę rzeczy niemożliwych, a wręcz - nie bójmy sie tego słowa - cudów. otóż wyczyściłam wnętrze mojego samochodu - odkurzyłam, wyczyściłam tapicerkę na tyle, na ile się dało, wymyłam go, a potem jeszcze potraktowałam platiki cockpit sprayem. wyszorowałam plastikowe maty ryżową szczotką. efekt wprawił mnie w nabożne skupienie i sprawił, że sterroryzowałam moją rodzinę - teraz przed wejściem do samochodu niemalże zakładają muzealne papucie.
poza tym wykonałam sto czterdzieści prań i oto w koszu na brudną bieliznę na nowy rok przejdzie jakaś marna podkoszulka i dwie pary majtek - reszta schnie i pachnie płynem do płukania na podwórku.
uszyłam sobie kolejną parę spodni - czekają już tylko na wykończenie nogawek i doszycie guziczka. jesli nie umrę w międzyczasie, to może nawet wykończę je przed północą?
torebki nie uporządkowałam, może się zmuszę jutro rano :)
a umieram dlatego, że zaraziłam się od kaszlącego julka. zamiast, jak podpowiadał zdrowy rozsądek, na pierwsze kichnięcie i smarkniecie wystawić młodego na werandę na dwutygodniową kwarantannę, podawać jedzenie na kiju przez szparę pod drzwiami i wpuścić z powrotem do mieszkania dopiero po ustaniu objawów, to ja litościwie nawet mu syropek podawałam. a teraz mam - młody ma się świetnie, a ja rozchorowałam się na dobre. nie ma sprawiedliwości na tym świecie. czuję, że tracę głos - jak ja się będę w nowym roku na dzieci darła?
na naszej ulicy domorośli didżeje już ćwiczą, więc wybaczcie, że zrzędzę jak stara baba, która zapomniała, do czego służy sylwestra, ale - cholera, nie wyśpię się dziś, a w zasadzie jest to jedyna rzecz, na jakiej mi w miarę zależy. no, zależy mi również na tym, żeby się porządnie wykąpać - co akurat jest w zasięgu moich możliwości.
a poza tym w temacie:
wszystkim moim bliskim i dalszym, rodzinie, przyjaciołom, znajomym - życzę szczęśliwego nowego roku. niech wam się, kochani, wszystko układa pomyślnie, czakra molduje się prawidłowo, a karma wypełnia pozytywnie.
pracę skończyłam dziś o 12.00, bo chwilę potem zaczynali już planowo zamykać ulice na mojej trasie powrotnej do domu - o 17.00 ma przebiec tamtędy 1.500 uczestników maratonu sylwestrowego. i niech sobie biegną na zdrowie, ja już spokojnie w domu umieram na zapalenie gardła.
ostatnie dni przed zakończeniem roku naznaczone były dokonaniami na miarę rzeczy niemożliwych, a wręcz - nie bójmy sie tego słowa - cudów. otóż wyczyściłam wnętrze mojego samochodu - odkurzyłam, wyczyściłam tapicerkę na tyle, na ile się dało, wymyłam go, a potem jeszcze potraktowałam platiki cockpit sprayem. wyszorowałam plastikowe maty ryżową szczotką. efekt wprawił mnie w nabożne skupienie i sprawił, że sterroryzowałam moją rodzinę - teraz przed wejściem do samochodu niemalże zakładają muzealne papucie.
poza tym wykonałam sto czterdzieści prań i oto w koszu na brudną bieliznę na nowy rok przejdzie jakaś marna podkoszulka i dwie pary majtek - reszta schnie i pachnie płynem do płukania na podwórku.
uszyłam sobie kolejną parę spodni - czekają już tylko na wykończenie nogawek i doszycie guziczka. jesli nie umrę w międzyczasie, to może nawet wykończę je przed północą?
torebki nie uporządkowałam, może się zmuszę jutro rano :)
a umieram dlatego, że zaraziłam się od kaszlącego julka. zamiast, jak podpowiadał zdrowy rozsądek, na pierwsze kichnięcie i smarkniecie wystawić młodego na werandę na dwutygodniową kwarantannę, podawać jedzenie na kiju przez szparę pod drzwiami i wpuścić z powrotem do mieszkania dopiero po ustaniu objawów, to ja litościwie nawet mu syropek podawałam. a teraz mam - młody ma się świetnie, a ja rozchorowałam się na dobre. nie ma sprawiedliwości na tym świecie. czuję, że tracę głos - jak ja się będę w nowym roku na dzieci darła?
na naszej ulicy domorośli didżeje już ćwiczą, więc wybaczcie, że zrzędzę jak stara baba, która zapomniała, do czego służy sylwestra, ale - cholera, nie wyśpię się dziś, a w zasadzie jest to jedyna rzecz, na jakiej mi w miarę zależy. no, zależy mi również na tym, żeby się porządnie wykąpać - co akurat jest w zasięgu moich możliwości.
a poza tym w temacie:
wszystkim moim bliskim i dalszym, rodzinie, przyjaciołom, znajomym - życzę szczęśliwego nowego roku. niech wam się, kochani, wszystko układa pomyślnie, czakra molduje się prawidłowo, a karma wypełnia pozytywnie.
środa, 25 grudnia 2013
święta na luzie
muszę wyznać, że od wielu lat nie miałam takich lajtowych świąt. po pierwsze - wszystko robiliśmy z mańkiem sami i tylko dla siebie, nie szliśmy w gości do nikogo, nikogo też nie zapraszaliśmy, więc luz absolutny, co objawiło się m.in. tym, że męska część rodziny zasiadła do stołu w samych majtkach (upały mamy teraz na granicy dobrego smaku, a przy klimatyzacji dzieci natychmiast smarkają, więc rozbieramy się do rosołu i robimy wątłe przeciągi na miarę naszych wątłych możliwości).
względny spokój zakłóciły - ale tylko chwilowo - takie drobne epizody jak ten, że w wigilię rano gosposia zużyła do zupy cały jarmuż, który maniek pieczołowicie zachował na dnie lodówki do swojego dorsza. bezsilność i rozpacz, jakie odmalowały się na twarzy szanownego małżonka, kiedy po południu skonstatował obfitość jarmużu w zupie, a następnie brak tegoż jarmużu w lodówce, skłoniły mnie do rączego pędu do ostatniego otwartego o tej godzinie sklepu spożywczego i zakupu ostatniej paczki przywiędłej kapusty. dorsz mańka został uratowany.
przygotowaliśmy jedzenie w takiej ilości i różnorodności, jaka była potrzebna i nam odpowiadała, a do stołu siedliśmy wtedy, kiedy wszystko było gotowe. rozpasanie doszło to tego stopnia, że po południu, kiedy już miałam ugotowany barszczyk i wymiąchaną sałatkę, wykąpałam się i ucięłam sobie półtoragodzinną drzemkę, co wprawiło w głęboką konsternację rodzinę mojego małżonka, która to rodzina zadzwoniła z życzeniami ("śpi? o tej godzinie?!"). muszę wam wyznać, że spełnianie własnych potrzeb kosztem uszczerbku na wizerunku matki-polki-poświęcającej-się-dla-dobra-męża-i-dzieci od dłuższego czasu nie budzi we mnie cienia wyrzutów sumienia. mówimy o potrzebach takich jak sporadyczna popołudniowa drzemka, obowiązkowe min. 7 godzin snu nocnego, czytanie książek we względnej ciszy, pobycie w samotności (poprzez oddanie dzieci pod światłą opiekę ich ojca i zamknięcie drzwi sypialni), czas i miejsce na moje hobby (np. szycie).
nawet udało nam się podzielić się opłatkiem na początek, chociaż przyznam, iż maniek już nie bardzo pamiętał, o co w tym chodzi, bo ostatnie święta w polsce spędziliśmy razem osiem lat temu.
młodzi byli zachwyceni prezentami, bawiliśmy się potem wspólnie - a kiedy odpadliśmy wszyscy koło północy, spaliśmy snem sprawiedliwego do dziewiątej rano. o dziwo, cisza w dzielnicy była kojąca, nie odcięli prądu, nie odcięli wody, nie wyły generatory, nie było pijackich burd na ulicy, aczkolwiek po południu gdzieś w pobliżu odbywała się jakaś mocno nagłośniona impreza charytatywna ze zbiórką funduszy (konferansjer zachęcał: "dalej, moi drodzy, bądźcie hojni, razem zwalczymy ten szlachetny cel..." - nie, zdecydowanie, nasze dzieci nie mogą tu chodzić do szkoły...). deszcz pada już od kilku godzin, ale na szczęście z umiarkowaną intensywnością, na razie studzienki nie wybiły.
drugi dzień świąt nie jest tutaj świętem, teoretycznie ludzie powinni iść do pracy - ale ja mam wolne. jadę z dziećmi na wycieczkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)