józio zakochał się w bad piggies i angry birds. w nagrodę za względnie dobre zachowanie może wieczorem przez kilkanaście minut konstruować świnkowe pojazdy z balonikami i bez. oraz strzelać ptakiem z procy. jakkolwiek by to nie brzmiało.
a ja wreszcie po kilku dniach rozgrzewki nabrałam w pracy rozpędu i porządkuję papiery przed końcem roku. ale przyznam szczerze, że leń mnie straszliwy ogarnia cały czas i walka z nim pochłania ogromną ilość mojej dziennej energii :)
rok wakacji - to byłoby to. znudzić się wakacjami i zatęsknić do pracy, jakie to kuszące. taki roczny urlop co siedem lat pracy zawodowej :) a potem możemy z nowymi siłami, pełni zapału, energii i dobrej woli rzucić się w wir pracy. ja natomiast chciałabym jedynie rzucić się na wyro i spać, chociaż dopiero co wróciłam z urlopu, i nawet nie jest to kwestia zimowej chandry, w końcu jesteśmy w środku lata. najpewniej do chandry nie trzeba jakiegoś specjalnego powodu, upały też się nadają.
czwartek, 28 listopada 2013
piątek, 22 listopada 2013
to, co najlepsze dla twojego dziecka
dzisiaj jestem ucieleśnieniem nieistniejącej matki z reklamy kinder bueno.
wstałam przed świtem (urlopowym), czyli akurat, kiedy babka wybierała się do pracy. miałam zatem czas na spokojny prysznic i umycie głowy, wypicie kawy i częściowe spakowanie ostatniej walizki.
kiedy mój szlachecki syn wychynął z piernatów (9:40), dałam mu syrop od kaszlu, natarłam plecki maścią eukaliptusową, dałam śniadanie, a potem zasiedliśmy sobie w kuchni - od przeładowywał bilon z ciężarówki do opakowania po tabletkach do czyszczenia sztucznego uzębienia i z powrotem, licząc przy tym naprzemiennie po polsku i po portugalsku, a ja nastawiłam udka i obrałam warzywa na zupkę. udka gotują się na bardzo wolnym ogniu, na ogienieczku wręcz, gdyż jak wiadomo, uczciwy bulion pomaga leczyć przeziębienie.
bycie idealną matką, gotującą buliony, prasującą, szyjącą, bawiącą się w mądre gry edukacyjne ze swoimi dziećmi na urlopie i w weekendy, wymaga zasuwania na etacie przez pozostałą część roku i tygodnia, bo inaczej to na to idealne matkowanie kasy nie straczy tylko z pensji ojca. co przypomina mi po raz kolejny, że za kilka miesięcy etat się matce kończy i trzeba będzie skądeś tę kasę brać - czyli szukać nowej pracy. jakże strasznie się nie chce, jaki pusty był koszyczek oraz dzięki bogu, że nie muszę tego robić jeszcze w ten weekend.
wstałam przed świtem (urlopowym), czyli akurat, kiedy babka wybierała się do pracy. miałam zatem czas na spokojny prysznic i umycie głowy, wypicie kawy i częściowe spakowanie ostatniej walizki.
kiedy mój szlachecki syn wychynął z piernatów (9:40), dałam mu syrop od kaszlu, natarłam plecki maścią eukaliptusową, dałam śniadanie, a potem zasiedliśmy sobie w kuchni - od przeładowywał bilon z ciężarówki do opakowania po tabletkach do czyszczenia sztucznego uzębienia i z powrotem, licząc przy tym naprzemiennie po polsku i po portugalsku, a ja nastawiłam udka i obrałam warzywa na zupkę. udka gotują się na bardzo wolnym ogniu, na ogienieczku wręcz, gdyż jak wiadomo, uczciwy bulion pomaga leczyć przeziębienie.
bycie idealną matką, gotującą buliony, prasującą, szyjącą, bawiącą się w mądre gry edukacyjne ze swoimi dziećmi na urlopie i w weekendy, wymaga zasuwania na etacie przez pozostałą część roku i tygodnia, bo inaczej to na to idealne matkowanie kasy nie straczy tylko z pensji ojca. co przypomina mi po raz kolejny, że za kilka miesięcy etat się matce kończy i trzeba będzie skądeś tę kasę brać - czyli szukać nowej pracy. jakże strasznie się nie chce, jaki pusty był koszyczek oraz dzięki bogu, że nie muszę tego robić jeszcze w ten weekend.
czwartek, 21 listopada 2013
kac urlopowy
gdzieś tak w połowie, krótko po połowie urlopu dopada mnie zawsze nieokreślona chandra. walizki częściowo spakowane, stoją w korytarzu i przypominają mi, że za chwilę znowu zacznie się podróżna poniewierka - choćby tylko kilkunastogodzinna. większość zakupów zrobiona i nie mogę się już łudzić, że może tym razem utrzymałam wydatki w założonym budżecie ;) do tego dochodzi tęsknota za dziećmi, tęsknota dzieci za sobą nawzajem, pytania, kiedy wreszcie tatuś po nas przyjedzie, pytania (nieodzowne), czy aby na pewno spakowałam wyczekiwany prezent i czy nie zapomnę go przywieźć, i dlaczego to tak długo trwa... gdzieś po drodze zawsze, ZAWSZE! pojawiają się jakieś bieżące sprawy zawodowe, które rozwiązać trzeba choćby prowizorycznie przez telefon - i które wpędzają mnie w niejasne poczucie, że pod moją nieobecność dzieje się coś, co powinnam nadzorować, a co wymyka się spod mojej kontroli...
mało pocieszające jest to, że w kolejnej pracy, jakakolwiek by ona nie była, raczej nie będzie lepiej ;) ale za to pewnie będzie bliżej do polski, bliżej do rodziny, bliżej do normalnie zaopatrzonych sklepów z towarami w normalnych cenach ;))) dzieci pójdą do szkoły/ przedszkola, będą miały wreszcie kolegów, których będą mogły zapraszać na szalone gonitwy po naszym ogrodzie, będą miały miejsce do zabawy, przestrzeń do zabaw na świeżym powietrzu, a nie wiecznie w domu przed telewizorem... a przede wszystkim skończy się to, co nas tak okropnie denerwuje - rzeczy pogubione między domami, nowe adidasy, których szukamy w luandzie, a które przeleżały gdzieś na półce w lizbonie tyle miesięcy, że na józika są już za małe (a na julka jeszcze za duże), zabawki, które są młodym "absolutnie niezbędne", a nie mieszczą się w walizkach i selekcja zawsze kończy się łzami, nasze rzeczy, które okazują się potrzebne akurat wtedy, kiedy zostaną w drugim domu...
wszyscy jesteśmy zmęczeni tym trwaniem w rozkroku między kontynentami. może dzieci odczuwają to troszkę mniej dotkliwie, bo są lepiej rozciągnięte ;)
mało pocieszające jest to, że w kolejnej pracy, jakakolwiek by ona nie była, raczej nie będzie lepiej ;) ale za to pewnie będzie bliżej do polski, bliżej do rodziny, bliżej do normalnie zaopatrzonych sklepów z towarami w normalnych cenach ;))) dzieci pójdą do szkoły/ przedszkola, będą miały wreszcie kolegów, których będą mogły zapraszać na szalone gonitwy po naszym ogrodzie, będą miały miejsce do zabawy, przestrzeń do zabaw na świeżym powietrzu, a nie wiecznie w domu przed telewizorem... a przede wszystkim skończy się to, co nas tak okropnie denerwuje - rzeczy pogubione między domami, nowe adidasy, których szukamy w luandzie, a które przeleżały gdzieś na półce w lizbonie tyle miesięcy, że na józika są już za małe (a na julka jeszcze za duże), zabawki, które są młodym "absolutnie niezbędne", a nie mieszczą się w walizkach i selekcja zawsze kończy się łzami, nasze rzeczy, które okazują się potrzebne akurat wtedy, kiedy zostaną w drugim domu...
wszyscy jesteśmy zmęczeni tym trwaniem w rozkroku między kontynentami. może dzieci odczuwają to troszkę mniej dotkliwie, bo są lepiej rozciągnięte ;)
sobota, 26 października 2013
wesoły nam dzień dziś nastał, k..wa jego mać!
ponieważ młody jeszcze śpi (drugi młody pojechał wczoraj z tatą na urlop do tugów), piję pyszną kawę, pogoda jest fajna (niebo zachmurzone, więc nieco chłodniej, może 30 st. C), jest prąd, więc i jest cisza, mam otworte okno, a co za tym idzie - widok na moją interesującą ulicę, opowiem wam, co widzę i słyszę.
nasz etatowy wariat (ten sam, który kiedyś oświadczył sąsiadom, że mój ojciec jest królem anglii), dzierżący w dłoni plastikowy kubek po coli ze słomką (a w kubku pewnie to, co zwykle - bimber), zatrzymał się przy samochodzie zaparkowanym po drugiej stronie ulicy i wdał się w pogawędkę z kierowcą.
moje czujne ucho uchwyciło ten fragment rozmowy, w którym wariat wykładał kierowcy klasyfikację rasową. no więc są biali tacy i biali owacy, jedni sa dobrzy, a drudzi źli, jedni to kolonizatorzy, a inni to inwestorzy - chociaż tu z kolei jest dużo żółtych, a to nieco burzy równowagę klasyfikacji... i tak wykłada, wykłada, aż z sąsiedniego domu rozlega się pieśń - to chór kościelny rozpoczął próbę, jak w każdy sobotni poranek.
wariat porzuca kierowcę i udaje się pod sąsiednią bramę, by tam dołożyć swój mocny głos do chórków w refrenie. ponieważ nie zna wszystkich słów kościelnej pieśni, więc tam, gdzie mu brakuje, dokłada (w tonacji) "k..wa" albo "ch...".
efekt nie do podrobienia, wrażenia akustyczne - bezcenne :-)
nasz etatowy wariat (ten sam, który kiedyś oświadczył sąsiadom, że mój ojciec jest królem anglii), dzierżący w dłoni plastikowy kubek po coli ze słomką (a w kubku pewnie to, co zwykle - bimber), zatrzymał się przy samochodzie zaparkowanym po drugiej stronie ulicy i wdał się w pogawędkę z kierowcą.
moje czujne ucho uchwyciło ten fragment rozmowy, w którym wariat wykładał kierowcy klasyfikację rasową. no więc są biali tacy i biali owacy, jedni sa dobrzy, a drudzi źli, jedni to kolonizatorzy, a inni to inwestorzy - chociaż tu z kolei jest dużo żółtych, a to nieco burzy równowagę klasyfikacji... i tak wykłada, wykłada, aż z sąsiedniego domu rozlega się pieśń - to chór kościelny rozpoczął próbę, jak w każdy sobotni poranek.
wariat porzuca kierowcę i udaje się pod sąsiednią bramę, by tam dołożyć swój mocny głos do chórków w refrenie. ponieważ nie zna wszystkich słów kościelnej pieśni, więc tam, gdzie mu brakuje, dokłada (w tonacji) "k..wa" albo "ch...".
efekt nie do podrobienia, wrażenia akustyczne - bezcenne :-)
sobota, 19 października 2013
józik się wypowiada
- mamo, czy idziesz już spać? - pyta józio.
- a dlaczego pytasz?
- mamo, idziesz już spać czy nie?
- a czemu ty mnie tak gonisz do łóżka?
- bo już mi głowa pęka od twoich pomysłów... mamo, lepiej się połóż, bo jeszcze znowu coś durnego wymyślisz.
***
- mamo, czemu chodzisz na golasa?
- a ty, jak wychodzisz z wanny, to jesteś od razu ubrany?
- hm... mamo, teraz widzę twoje dupsko!
- józik, jak ty się wypinasz, to też widzę twoje dupsko.
- a teraz widzę twoje cyculki!
tu już nie miałam odpowiedzi, więc wyciągnęłam z godnością świeże majtki i koszulkę z szuflady i poszłam się ubrać.
- a dlaczego pytasz?
- mamo, idziesz już spać czy nie?
- a czemu ty mnie tak gonisz do łóżka?
- bo już mi głowa pęka od twoich pomysłów... mamo, lepiej się połóż, bo jeszcze znowu coś durnego wymyślisz.
***
- mamo, czemu chodzisz na golasa?
- a ty, jak wychodzisz z wanny, to jesteś od razu ubrany?
- hm... mamo, teraz widzę twoje dupsko!
- józik, jak ty się wypinasz, to też widzę twoje dupsko.
- a teraz widzę twoje cyculki!
tu już nie miałam odpowiedzi, więc wyciągnęłam z godnością świeże majtki i koszulkę z szuflady i poszłam się ubrać.
poniedziałek, 14 października 2013
przyszła koza do nosa
- mamo, mamo, mamo! - podskakuje józio.
- co?
- mamo, mamo, mamo, zobacz, julek ma kozę w nosie. o, tutaj. mamo, mamo, musisz mu ją wyciągnąć. mamo, mamo, mamo, julek ma kozę w nosie!
julek w tym czasie leży spokojnie na dywanie obok kanapy i powtarza basem: - julek ma kozę w nosie - a jego dostojny brzuch faluje za każdym razem, gdy julek zezuje i próbuje tę kozę dojrzeć.
zażegnawszy kryzys czterokopytny, udało mi się namówić dzieci na kąpiel - szybką i każdego z osobna, mój wieczorny ideał. józio okazał lekkie rozczarowanie, iż będzie tylko prysznic, a nie pełna wanna, w której można nurkować i łapać julka za siurka (cytuję), ale dał się udobruchać, bo pozwoliłam mu trzymać prysznic i polewać ścianę.
julek do zagadnień kąpieli podchodzi ze stoickim spokojem - o ile mydło nie wpada mu do oczu, reszta mało go rusza. natomiast podczas wycierania wdaje się w ogniste dyskusje z ręcznikiem:
- ręcznik jest brzydki! ręcznik jest ładny... ręcznik jest brzydki! ręcznik jest ładny... ręcznik jest brzydki! itd.
***
ogarnęła mnie dziś niespodziewanie tęsknota za lizboną. za tym uczuciem odprężenia, które ogarnia mnie, kiedy wychodzimy z lotniska i jedziemy do domu, mijając znajome dzielnice i wioski; kiedy dojeżdżamy i na podwórku wita nas oszalały z radości adolf, pardon, simba. tęsknota za poczuciem, że wracam do domu.
***
a teraz będzie o niesprawiedliwości.
otóż tydzień temu w weekend pokłóciliśmy się z mańkiem - jak to zwykle, o jakąś głupotę, ale atmosfera się momentalnie podgrzała i zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć - widać trzeba było spuścić trochę pary z szybkowara. normalnie coś tam mu się odszczeknę, powiem "blablabla" pod nosem i wychodzę do drugiego pokoju, ale tym razem mnie poniosło i tak się wydarłam, że po dwóch minutach ochrypłam - i tak mi już zostało. drugiego dnia nawet nie pamiętaliśmy, o co poszło, ale ciągle chrypiałam, a trzeciego dnia - poniedziałek, trzeba iść do pracy i mówić do ludzi, a kolejka się nie kończy - chrypiałam już tragicznie i kaszlałam zielonym glutem.
we wtorek glut przerzucił się na nos i tu powiedziałam - basta! poszłam do sklepu po czosnek i tego samego wieczora szprycowałam się już dość obrzydliwą mieszanką miodu, cytryny i czosnku (jednak z mlekiem i miodem czosnek wchodzi mi łatwiej), która zadziałała o tyle szybko, że dzieci stwierdziły: mamo, walisz czosnkiem! - i natychmiast przesiadły się byle dalej ode mnie. wszystko, jak widać, ma swoje jasne strony, bo dzięki temu nagłemu uszanowaniu matczynego czasu na samotną lekturę w fotelu, skończyłam w przeciągu tygodnia dwie książki, które napoczęłam jeszcze przed lipcowym urlopem.
czosknowa mikstura powoli się kończy, mam jej jeszcze na dwa dni. w międzyczasie glut z zielonego zrobił się znów przezroczysty, a gardło wróciło do normy. kończę trzecią książkę :-)
chciałam powiedzieć (oczywiście, żeby wzbudzić współczucie), że wciąż mam okropnie dużo pracy, ale w piątek nadciągają posiłki, więc idzie ku lepszemu. sama się sobie dziwię, że dałam radę przez te dwa koszmarne miesiące - i że mimo wszystko z grubsza jesteśmy na bieżąco, acz z drobnymi opóźnieniami tu i tam. a to wszystko dlatego, że łżę jak pies i gram na zwłokę.
- co?
- mamo, mamo, mamo, zobacz, julek ma kozę w nosie. o, tutaj. mamo, mamo, musisz mu ją wyciągnąć. mamo, mamo, mamo, julek ma kozę w nosie!
julek w tym czasie leży spokojnie na dywanie obok kanapy i powtarza basem: - julek ma kozę w nosie - a jego dostojny brzuch faluje za każdym razem, gdy julek zezuje i próbuje tę kozę dojrzeć.
zażegnawszy kryzys czterokopytny, udało mi się namówić dzieci na kąpiel - szybką i każdego z osobna, mój wieczorny ideał. józio okazał lekkie rozczarowanie, iż będzie tylko prysznic, a nie pełna wanna, w której można nurkować i łapać julka za siurka (cytuję), ale dał się udobruchać, bo pozwoliłam mu trzymać prysznic i polewać ścianę.
julek do zagadnień kąpieli podchodzi ze stoickim spokojem - o ile mydło nie wpada mu do oczu, reszta mało go rusza. natomiast podczas wycierania wdaje się w ogniste dyskusje z ręcznikiem:
- ręcznik jest brzydki! ręcznik jest ładny... ręcznik jest brzydki! ręcznik jest ładny... ręcznik jest brzydki! itd.
***
ogarnęła mnie dziś niespodziewanie tęsknota za lizboną. za tym uczuciem odprężenia, które ogarnia mnie, kiedy wychodzimy z lotniska i jedziemy do domu, mijając znajome dzielnice i wioski; kiedy dojeżdżamy i na podwórku wita nas oszalały z radości adolf, pardon, simba. tęsknota za poczuciem, że wracam do domu.
***
a teraz będzie o niesprawiedliwości.
otóż tydzień temu w weekend pokłóciliśmy się z mańkiem - jak to zwykle, o jakąś głupotę, ale atmosfera się momentalnie podgrzała i zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć - widać trzeba było spuścić trochę pary z szybkowara. normalnie coś tam mu się odszczeknę, powiem "blablabla" pod nosem i wychodzę do drugiego pokoju, ale tym razem mnie poniosło i tak się wydarłam, że po dwóch minutach ochrypłam - i tak mi już zostało. drugiego dnia nawet nie pamiętaliśmy, o co poszło, ale ciągle chrypiałam, a trzeciego dnia - poniedziałek, trzeba iść do pracy i mówić do ludzi, a kolejka się nie kończy - chrypiałam już tragicznie i kaszlałam zielonym glutem.
we wtorek glut przerzucił się na nos i tu powiedziałam - basta! poszłam do sklepu po czosnek i tego samego wieczora szprycowałam się już dość obrzydliwą mieszanką miodu, cytryny i czosnku (jednak z mlekiem i miodem czosnek wchodzi mi łatwiej), która zadziałała o tyle szybko, że dzieci stwierdziły: mamo, walisz czosnkiem! - i natychmiast przesiadły się byle dalej ode mnie. wszystko, jak widać, ma swoje jasne strony, bo dzięki temu nagłemu uszanowaniu matczynego czasu na samotną lekturę w fotelu, skończyłam w przeciągu tygodnia dwie książki, które napoczęłam jeszcze przed lipcowym urlopem.
czosknowa mikstura powoli się kończy, mam jej jeszcze na dwa dni. w międzyczasie glut z zielonego zrobił się znów przezroczysty, a gardło wróciło do normy. kończę trzecią książkę :-)
chciałam powiedzieć (oczywiście, żeby wzbudzić współczucie), że wciąż mam okropnie dużo pracy, ale w piątek nadciągają posiłki, więc idzie ku lepszemu. sama się sobie dziwię, że dałam radę przez te dwa koszmarne miesiące - i że mimo wszystko z grubsza jesteśmy na bieżąco, acz z drobnymi opóźnieniami tu i tam. a to wszystko dlatego, że łżę jak pies i gram na zwłokę.
sobota, 5 października 2013
przetrzymałam...
odchodząc od zasady, której generalnie staram się trzymać, mianowicie - zasada niepisania o pracy - powiem wam z dumą, że wytrzymałam. wytrzymałam do końca kadencji ostatniego szefa i nie zakończyło się to ani zabójstwem w afekcie, ani rezygnacją z pracy.
a akurat to drugie było kilka miesięcy temu bardzo, bardzo blisko - tak blisko, jak jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło.
teraz staram się złapać oddech, odzyskać równowagę psychiczną i doprowadzić do porządku ten cały bazjel. nadrabianie zaległości (czasem - trzyletnich) i łapanie oddechu trudno jest chwilami pogodzić, ale grunt, że nie pracuję już po 10-11 godzin na dobę, plus w weekendy, tak jak przez ostatnie półtora miesiąca. pracy mam bardzo dużo, ale organizuję ją sama, więc mniej więcej się wyrabiam.
no i zobaczymy, kogo nam teraz przyślą i kiedy, bo na razie nic nie wiemy. chwilowo cieszę się po prostu spokojem ducha.
***
józio potrafi powiedzieć cały wierszyk "idzie rak nieborak", tylko za każdym razem pyta mnie, co to jest "nieborak", bo wie, co jest niebo i wie, co to rak, ale do kupy to jakoś mu brzmi bez sensu. natomiast julek zaprezentował mi dziś swoją wersję:
"idzie rak, cerelac, jak ucipnie, znak!" cerelac to zbożowa kaszka mleczna nestle, co jest o tyle na miejscu, że julkowi wszystko zawsze kojarzy się z jedzeniem.
a akurat to drugie było kilka miesięcy temu bardzo, bardzo blisko - tak blisko, jak jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło.
teraz staram się złapać oddech, odzyskać równowagę psychiczną i doprowadzić do porządku ten cały bazjel. nadrabianie zaległości (czasem - trzyletnich) i łapanie oddechu trudno jest chwilami pogodzić, ale grunt, że nie pracuję już po 10-11 godzin na dobę, plus w weekendy, tak jak przez ostatnie półtora miesiąca. pracy mam bardzo dużo, ale organizuję ją sama, więc mniej więcej się wyrabiam.
no i zobaczymy, kogo nam teraz przyślą i kiedy, bo na razie nic nie wiemy. chwilowo cieszę się po prostu spokojem ducha.
***
józio potrafi powiedzieć cały wierszyk "idzie rak nieborak", tylko za każdym razem pyta mnie, co to jest "nieborak", bo wie, co jest niebo i wie, co to rak, ale do kupy to jakoś mu brzmi bez sensu. natomiast julek zaprezentował mi dziś swoją wersję:
"idzie rak, cerelac, jak ucipnie, znak!" cerelac to zbożowa kaszka mleczna nestle, co jest o tyle na miejscu, że julkowi wszystko zawsze kojarzy się z jedzeniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)