poniedziałek, 21 lipca 2014

"to już trzecia butelka? jak ten czas szybko płynie..."

dostałam dziś wreszcie fakturę za fracht. nie powiem, żeby za darmo dawali, ale też majtki mi z wrażenia nie spadły. w wyniku sprawnej akcji pt. "wypłata z kasy-wymiana walut-depozyt bankowy-wysłanie skanu potwierdzenia depozytu" faktura została opłacona i niniejszym pudełka wylatują jutro lub pojutrze, a w związku z tym ciśnienie zdecydowanie mi spadło. relaks, pełen relaks, kończę właśnie kolejną butelkę darowanego wina, a darowanemu winu, jak wiadomo, nie zagląda się w zęby. podczas gdy matka się chwieje, dziateczki grają, kochane, w angry birds. w nagrodę dostaną po kilka łyżek nutelli, w tajemnicy przed tatą, który nie wiedzieć czemu tępi wszelkie radości dzieciństwa, z niepohamowanym czekoladowym obżarstwem na czele. to wręcz nieprawdopodobne, żeby kocia, żandarm z ul. magellana, zwolenniczka dyscypliny i absolwentka pedagogiki może nie w herberowskim, ale też i nie w liberalnym wydaniu, była w tym zestawie dobrym policjantem. maniek ewidentnie wymyka się wszelkim statystykom.

jutro lub pojutrze wyłączą nam internet oraz kablówkę i zapanuje medialna cisza przedpodróżna. ja nie wiem, jak dzieci to zniosą, ale ja - bardzo dobrze. maniek też najpewniej boleśnie odczuje brak netu, jednakowoż nie na tyle boleśnie, żeby samemu opłacić kolejny miesiąc. 

dostałam dziś w pracy prezent od naszego wiernego ogrodnika: sadzonki papirusa, chá de caxinde (trawa z rodziny citronnelli), coś, co się tu nazywa "stopa słonia" oraz afrykański tymianek (albo majeranek - zdania w biurze, po analizie organoleptycznej, są podzielone). tymianek, jak na uczciwą afrykańską roślinkę przystało, na pewno jest jadowity oraz dzieciopędny, chociaż pachnie zupełnie po europejsku - odcięłam suche gałązki z nasionami i będę wysiewać w doniczce na werandzie. od papirusa odłamałam "dzieci" - są malutkie, kilkucentymetrowe i spokojnie zmieszczą się w bagażu podręcznym. ze stóp słonia wybrałam najmniejszą - może się w podróży nie wygniecie, a chá de caxinde obharatam przy samej d..., znaczy, samych korzonkach, bo rośnie podobnie jak papirus - od "cebulki". jak mi się ta zieleń przyjmie i rozpleni, to się pochwalę, a na razie ocieram ukradkiem łzy wzruszenia. 

cóż mogę jeszcze dodać - pożegnanie z angolą kosztuje mnie więcej, niżbym się po sobie spodziewała, zważywszy, jak mocno ten piękny kraj skopał mi przez blisko osiem lat tyłek. co chwilę muszę przywoływać się do porządku, żeby nie rozryczeć się w miejscu publicznym. żegnam się, z kim tylko uda mi się pożegnać, z uśmiechem na ustach i obietnicą powrotu. i myślę, że tak naprawdę nie da się do końca, "do syta" pożegnać. nie ma czasu. nie ma jak. pozostaje niedosyt i tęsknota, której żaden racjonalny rachunek korzyści nie wyciszy. 








1 komentarz:

  1. Nie napisze "a widzisz przeciez mowilam ze bedzie Ci zal" bo i sama o tym wiesz. Ale kolejny etap zycia przed Wami wiec glowa do gory i naprzod. Ale bedziesz wspominac i to czesto a kto wie moze i wrocisz bo "niezbadane sa wyroki boskie".

    OdpowiedzUsuń