ghandzioszek przyleciał do nas na krótkie sześć dni, sześć dni zdecydowanie za krótkie, żeby się ghandzioszkiem uczciwie nacieszyć. dziś odwieźliśmy go na lotnisko i jesteśmy nieutuleni w żalu.
młodzi zostali odmoczeni, zaraz posadzę ich do kolacji, a potem zagonię do wyrek, jako że jutro idą do przedszkola, a matka do pracy. wszyscy troje musimy zatem wcześnie wstać i zaprezentować się w odpowiednich instytucjach w stanie przyzwoitym (nie w piżamach).
zagęszczenie pozwów ostatnimi czasy odbiera mi znowu spokojny sen, ale wierzę, że jużeśmy za półmetkiem i jeszcze tochę, a wszystko zacznie się wyjaśniać i układać. w międzyczasie odpowiadam na kłamliwe, a chwilami wręcz kretyńskie zarzuty, i zbieram się psychicznie do kupy na rozprawę rozwodową, która pewnie nie prędzej niż we wrześniu, bo już wkrótce zaczynają się półtoramiesięczne wakacje sądowe. oby to były spokojne wakacje również dla nas.
poniedziałek, 15 czerwca 2015
poniedziałek, 4 maja 2015
czekając na lodówkę
młodzi zbudzeni dziś o podłej godzinie, z trudem zwlekli się z łóżek, przy czym józio niechętnie, lecz karnie, a julek - zupełnie wyjątkowo bez ryku. do czasu. gdyż albowiem po śniadaniu trzeba sie było ubrać, w tym - wdziać znienawidzony przez julka fartuszek przedszkolny.
zazwyczaj fartuszek wdziewamy mimochodem, jakby nigdy nic, w ostatniej sekundzie przed wejściem do sali. za brak fartuszka nie przewidziano sankcji, tylko matka ma więcej roboty, w tym farbki, plastelinę, glinę i klej roślinny, pracowicie wydłubywane i zeskrobywane nocami z dresików.
dziś jednak nakazałam młodym przywdziać fartuszki z wyprzedzeniem, ponieważ od dziś są do przedszkola odprowadzani i odbierani zeń przez mamę jednej z dziewczynek z grupy julka. ja od jutra powinnam zacząć pracę i nie dam rady się rozdwoić. żeby już nie dokładać kobiecinie roboty, odstawiam dzieci po śniadaniu, przygotowane, umundurowane, zwarte i gotowe.
julek wpadł w ryk, bo fartuszka założyć nie chce, a ja się uparłam. on na mnie nawrzeszczał, ja na niego nawrzeszczałam, a i tak musiało stanąć na moim: dziecko zapakowane do fotelika i przypięte, choć drące się wniebogłosy, matka wściekła, józio zdyscyplinowany i cichutki. po pięciu minutach julek jakby ucichł, po czym zaczął nas zagadywać, a wreszcie zapytał jakby nigdy nic, czy on też mógły dostać tego cukierka na gardło, co go józio dostał. no, mógłby. kryzys zażegnany, rozstaliśmy się przed domem koleżanki w uściskach i całusach.
siedzę teraz w naszym nowym mieszkaniu, pozamiatałam, zmyłam posadzki i oczekuję na liczny sprzęt agd, który ma dziś zostać dostarczony. kierowca już nawet do mnie zadzwonił z pytaniem, gdzie właściwie jest taka ulica, bo żaden gps jej nie widzi. taki tajny adres sobie znalazłam, panie dzieju! bo to trzeba wejść w ślepą uliczkę, stanąć przed murem, powiedzieć tajemne hasło, a następnie nacisnąć czwartą cegłę od prawej i otwiera się sekretne przejście do świata koci :)
po odbiorze sprzętu lista moich zadań na dziś jest jeszcze długa i upierdliwa, i zawiera m.in. zapisania siebie i dzieci do przychodni, a następnie umówienie józia na dziś do lekarza, bo ucho jednak nadal boli i obawiam się, że nas czeka kolejny antybiotyk. mam szereg wątpliwości co do tego zapisywania do przychodni. zawsze czekamy bardzo, baaardzo długo na przyjęcie i nie mam pojęcia, czy przysługują nam wizyty domowe np. pediatry - bo to jest mi najbardziej potrzebne. nic to, dziś temat obadamy.
tymczasem prześladuje mnie dziwne, nieprzyjemne uczucie, że mi coś znowu umyka, że o czymś zapomniałam, że coś jest nie tak. bardzo to denerwujące, gdy w środku nocy budzi nas niepokój. oby szybko przeszło.
zazwyczaj fartuszek wdziewamy mimochodem, jakby nigdy nic, w ostatniej sekundzie przed wejściem do sali. za brak fartuszka nie przewidziano sankcji, tylko matka ma więcej roboty, w tym farbki, plastelinę, glinę i klej roślinny, pracowicie wydłubywane i zeskrobywane nocami z dresików.
dziś jednak nakazałam młodym przywdziać fartuszki z wyprzedzeniem, ponieważ od dziś są do przedszkola odprowadzani i odbierani zeń przez mamę jednej z dziewczynek z grupy julka. ja od jutra powinnam zacząć pracę i nie dam rady się rozdwoić. żeby już nie dokładać kobiecinie roboty, odstawiam dzieci po śniadaniu, przygotowane, umundurowane, zwarte i gotowe.
julek wpadł w ryk, bo fartuszka założyć nie chce, a ja się uparłam. on na mnie nawrzeszczał, ja na niego nawrzeszczałam, a i tak musiało stanąć na moim: dziecko zapakowane do fotelika i przypięte, choć drące się wniebogłosy, matka wściekła, józio zdyscyplinowany i cichutki. po pięciu minutach julek jakby ucichł, po czym zaczął nas zagadywać, a wreszcie zapytał jakby nigdy nic, czy on też mógły dostać tego cukierka na gardło, co go józio dostał. no, mógłby. kryzys zażegnany, rozstaliśmy się przed domem koleżanki w uściskach i całusach.
siedzę teraz w naszym nowym mieszkaniu, pozamiatałam, zmyłam posadzki i oczekuję na liczny sprzęt agd, który ma dziś zostać dostarczony. kierowca już nawet do mnie zadzwonił z pytaniem, gdzie właściwie jest taka ulica, bo żaden gps jej nie widzi. taki tajny adres sobie znalazłam, panie dzieju! bo to trzeba wejść w ślepą uliczkę, stanąć przed murem, powiedzieć tajemne hasło, a następnie nacisnąć czwartą cegłę od prawej i otwiera się sekretne przejście do świata koci :)
po odbiorze sprzętu lista moich zadań na dziś jest jeszcze długa i upierdliwa, i zawiera m.in. zapisania siebie i dzieci do przychodni, a następnie umówienie józia na dziś do lekarza, bo ucho jednak nadal boli i obawiam się, że nas czeka kolejny antybiotyk. mam szereg wątpliwości co do tego zapisywania do przychodni. zawsze czekamy bardzo, baaardzo długo na przyjęcie i nie mam pojęcia, czy przysługują nam wizyty domowe np. pediatry - bo to jest mi najbardziej potrzebne. nic to, dziś temat obadamy.
tymczasem prześladuje mnie dziwne, nieprzyjemne uczucie, że mi coś znowu umyka, że o czymś zapomniałam, że coś jest nie tak. bardzo to denerwujące, gdy w środku nocy budzi nas niepokój. oby szybko przeszło.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
wielkanoc, nowe początki
w wielką sobotę tradycyjnie poświęciliśmy jajka, zlokalizowawszy uprzednio miejsce spotkań lokalnej polonii. w niedzielę wielkanocną pojechaliśmy do naszego starego kościoła, bo nowego jeszcze nie pochytałam, a poza tym w starym miejscu starzy znajomi, których trzeba było uściskać i życzyć wesołego alleluja.
a dziś - wyspaliśmy się do imentu, upiekliśmy ciasto bananowe, wysłaliśmy (no, to już tylko ja, dzieci w tym czasie uczciwie oglądały bajki) odpowiedź na kilka ogłoszeń o pracę i na koniec dnia dopieliliśmy do końca naszą grządkę i posialiśmy pietruszkę, seler, koperek, szczypiorek i bazylię - obok zasadzonych wcześniej mięty zwykłej i czekoladowej oraz samotnego krzaczka truskawek, który objadamy systematycznie.
odkrycie roku: julek uwielbia sałatkę śmietnikową. dla mnie jest to o tyle zaskoczenie, że julek niecierpi zielonego groszku i z każdego innego dania każe mi go mozolnie wydłubywać. a tu proszę, sałatkę wcina łyżkami! józio mniej chętnie - spróbował, ale tylko się skrzywił, więc nie zmuszałam - zobaczymy za jakiś czas, czy mu się odmieni.
akurat gdy wyjmowałam gorące ciasto z pieca, a zapach bananów i czekolady rozchodził się po ulicy, wpadła trzyosobowa delegacja z ekipy technicznej. mają obowiązek sprawdzać co jakiś czas, czy dom jeszcze stoi i czy wszystko jest w porządku. zjedli po kawałku ciasta i stwierdzili, że właściwie to bardzo im się moje samodzielne gospodarowanie podoba i skoro tutaj się tak pichci, to będą wpadać częściej. widziałam też, że zauważyli nasze porządki w ogródku i skomentowali między sobą pozytywnie.
jutro koniec ferii wielkanocnych i trzeba wtsać wcześnie, żeby dotrzeć do przedszkola, więc zaraz zagonię młodych do kąpania i do kolacji. koniec laby, wraca kierat - który zresztą dzieci znoszą bardzo dobrze. ja za to odetchnę, bo kiedy młodzi zajęci w placówce edukacyjnej, matka może zająć się innymi pożytecznymi sprawami.
a dziś - wyspaliśmy się do imentu, upiekliśmy ciasto bananowe, wysłaliśmy (no, to już tylko ja, dzieci w tym czasie uczciwie oglądały bajki) odpowiedź na kilka ogłoszeń o pracę i na koniec dnia dopieliliśmy do końca naszą grządkę i posialiśmy pietruszkę, seler, koperek, szczypiorek i bazylię - obok zasadzonych wcześniej mięty zwykłej i czekoladowej oraz samotnego krzaczka truskawek, który objadamy systematycznie.
odkrycie roku: julek uwielbia sałatkę śmietnikową. dla mnie jest to o tyle zaskoczenie, że julek niecierpi zielonego groszku i z każdego innego dania każe mi go mozolnie wydłubywać. a tu proszę, sałatkę wcina łyżkami! józio mniej chętnie - spróbował, ale tylko się skrzywił, więc nie zmuszałam - zobaczymy za jakiś czas, czy mu się odmieni.
akurat gdy wyjmowałam gorące ciasto z pieca, a zapach bananów i czekolady rozchodził się po ulicy, wpadła trzyosobowa delegacja z ekipy technicznej. mają obowiązek sprawdzać co jakiś czas, czy dom jeszcze stoi i czy wszystko jest w porządku. zjedli po kawałku ciasta i stwierdzili, że właściwie to bardzo im się moje samodzielne gospodarowanie podoba i skoro tutaj się tak pichci, to będą wpadać częściej. widziałam też, że zauważyli nasze porządki w ogródku i skomentowali między sobą pozytywnie.
jutro koniec ferii wielkanocnych i trzeba wtsać wcześnie, żeby dotrzeć do przedszkola, więc zaraz zagonię młodych do kąpania i do kolacji. koniec laby, wraca kierat - który zresztą dzieci znoszą bardzo dobrze. ja za to odetchnę, bo kiedy młodzi zajęci w placówce edukacyjnej, matka może zająć się innymi pożytecznymi sprawami.
sobota, 14 marca 2015
mamusiu, ja już wspaniale mówię po polsku!
...stwierdził dziś z dumą józek i na dowód sypał przez cały dzień cytatami z "Mulan". siedzimy przy kolacji, józek nadziewa na widelec parówkę i skrzeczy:
- za chuda. niedobra do rodzenia synów.
kiedy zagoniłam go pod prysznic, poprosił:
- mamusiu, umyj mi włosy. chcę wyglądac jak mężczyzna, ale nie muszę śmierdzieć jak oni.
julek zapatrzony starszego brata też zachowuje konwencję, więc kiedy wieczorem dałam im syrop na kaszel, skomentował:
- tfu! smak padliny...
wobec takiego entuzjazmu w temacie cytatów może zacznę im czytać pana tadeusza? bo konopnicką marię już czytujemy do poduszki (pimpuś sadełko, rzecz jasna). czytujemy też jachowicza, którego cenię za morały bez klapsów, ciągania za ucho, bicia po łapach itp. na "czarodziejską różdżkę" (nie pomyliłam aby tytułu?) jeszcze czas przyjdzie, bo przecież wiadomo, że kto nie je zupy, ten umrzeć musi, a klasykę trzeba znać.
- za chuda. niedobra do rodzenia synów.
kiedy zagoniłam go pod prysznic, poprosił:
- mamusiu, umyj mi włosy. chcę wyglądac jak mężczyzna, ale nie muszę śmierdzieć jak oni.
julek zapatrzony starszego brata też zachowuje konwencję, więc kiedy wieczorem dałam im syrop na kaszel, skomentował:
- tfu! smak padliny...
wobec takiego entuzjazmu w temacie cytatów może zacznę im czytać pana tadeusza? bo konopnicką marię już czytujemy do poduszki (pimpuś sadełko, rzecz jasna). czytujemy też jachowicza, którego cenię za morały bez klapsów, ciągania za ucho, bicia po łapach itp. na "czarodziejską różdżkę" (nie pomyliłam aby tytułu?) jeszcze czas przyjdzie, bo przecież wiadomo, że kto nie je zupy, ten umrzeć musi, a klasykę trzeba znać.
piątek, 13 marca 2015
dropsik
chłopcy dostali w zeszłym miesiącu w prezencie rybka - wg etykietki ze sklpeu nazywa się toto kometa, jest pomarańczowe w białe ciapki. józio stwierdził, że te plamki wyglądaja jak dropsiki (pintarolas) i tak zostało, rybek zwie się pintarolas.
podczas ostatnich pięciodniowych wakacji oddaliśmy dropsika na przechowanie koleżance z pokoju obok. woda zmieniona, karmić raz dziennie, cztery kuleczki rybiego pokarmu i tyle, zapewniłam nianię. po powrocie s. mówi: ależ ta twoja rybka narwana, w nocy mnie budziła! uśmiechnęłam się i pomyslałam: ot, przesadza, żeby było zabawniej...
i siedzę ja sobie parę dni temu przy biurku, czytam, w pokoju panuje cisza, nagle słyszę coś jakby chrobotanie. myszy? - myślę z pewnym obrzydzeniem i zaczynam nasłuchiwać w różnych kątach pokoju. chrobotanie powtarza się, nasłuchuję - toż to przecież zaraz obok biurka... i cóż widzę? dropsik skurczybyk ryje nosem w kamyczkach po dnie akwarium, ewidentnie w poszukiwaniu żarcia. pewnie w poprzednim życiu był słoniem i pozostał mu apetyt. albo taki ma charakter, że energia go roznosi i co jakiś czas musi zobić zadymę, przestawić meble w domu, wyżyć się. niech się wyżywa, dropsik rybka z zacięciem robotnika w kamieniołomach.
podczas ostatnich pięciodniowych wakacji oddaliśmy dropsika na przechowanie koleżance z pokoju obok. woda zmieniona, karmić raz dziennie, cztery kuleczki rybiego pokarmu i tyle, zapewniłam nianię. po powrocie s. mówi: ależ ta twoja rybka narwana, w nocy mnie budziła! uśmiechnęłam się i pomyslałam: ot, przesadza, żeby było zabawniej...
i siedzę ja sobie parę dni temu przy biurku, czytam, w pokoju panuje cisza, nagle słyszę coś jakby chrobotanie. myszy? - myślę z pewnym obrzydzeniem i zaczynam nasłuchiwać w różnych kątach pokoju. chrobotanie powtarza się, nasłuchuję - toż to przecież zaraz obok biurka... i cóż widzę? dropsik skurczybyk ryje nosem w kamyczkach po dnie akwarium, ewidentnie w poszukiwaniu żarcia. pewnie w poprzednim życiu był słoniem i pozostał mu apetyt. albo taki ma charakter, że energia go roznosi i co jakiś czas musi zobić zadymę, przestawić meble w domu, wyżyć się. niech się wyżywa, dropsik rybka z zacięciem robotnika w kamieniołomach.
wtorek, 3 marca 2015
moje nowe koleżanki
r. ma trójkę dzieci, dwie dziewczynki i chłopca w wieku od 8 do 15 lat. miała jeszcze jednego chłopczyka, byłby w wieku mojego józia, ale rok temu zmarł na raka.
r. opowiada, że kiedy z jej partnerem, ojcem ostatniego chłopczyka, układało się coraz gorzej (czyt. bił ją coraz częściej i mocniej), złożyła skargę na policję, a on w odpowiedzi złożył do sądu pozew o odebranie jej praw rodzicielskich i ustalenie go jedynym opiekunem dziecka. pierwszą rozprawę ustalono na dzień 14 listopada. 7 listopada chłopczyk zmarł. r. pojawiła się w sądzie, żeby poinformować, że syn zmarł - kiedy usłyszała jego imię wypowiadane przez sędziego, nie mogła przestać płakać.
c. ma trójkę dzieci w wieku od 5 do 11 lat, dwie dziewczynki i chłopca. opowiada mi, że w domu niczego nie brakowało, kasy starczało na wszystko, tylko facet ją od czasu do czasu bił. ale cierpliwość tak naprawdę straciła, kiedy nakryła go z inną. w sensie, odkryła, że ma dwa domy i dwa równoległe życia. pytam, czy się nie boi. nie, chwilowo nie, bo "nieboszczyk" (tak dziewczyny mówią o mężach, od których uciekły) siedzi.
- ach, tak szybko go skazali za bicie żony?
- nie - wyjaśnia c. z pobłażliwym uśmiechem - siedzi za napad z bronią w ręku. wpadł miesiąc po tym, jak zabrałam dzieci i uciekłam. a poza tym, wiesz, kociu, ja poczułam, że miarka się przebrała, jak on zaczął mi dzieci trenować, żeby kradły w sklepach, a potem zaczął zabierać je na napady.
- ?????????!!!!!!!!! c, na miłość boską, kim twój gach był z zawodu?
- policjantem.
s., mężatka od lat siedemnastu, matka dwóch nastoletnich chłopców. bita przez męża w zasadzie do samego początku małżeństwa. bici byli też chłopcy - szczególnie, jeśli bronili matki. po kilku miesiącach w schronisku udało jej się wreszcie złożyć wniosek o rozwód. na pierwszej rozprawie, która służy ustaleniu, czy aby może małżonkowie nie są skłonni się pogodzić, sędzia pyta s., czy utrzymuje są decyzję o rozwodzie. s. odpowiada, że tak, że nie ma o czym dyskutować. sędzia zwraca się do jej jeszcze-męża:
- a czy pan zgadza się na rozwód?
- w żadnym wypadku, wysoki sądzie, ja bardzo kocham moją małżonkę.
- proszę pana - odpowiada na to sędzia - wie pan, coś tu jest chyba nie tak, bo pańska małżonka od sześciu miesięcy przebywa wraz z dziećmi w schronisku dla ofiar przemocy domowej... to jak to jest tak naprawdę z tą miłością?
... i mogłabym tak jeszcze długo. te historie się nie kończą, co miesiąc-dwa jedna z nas organizuje sobie życie na nowo i wychodzi ze schroniska, a trafia tu do nas nowa dziewczyna. zmieniają się imiona, wiek dzieci, miasto, zmienia się jeden czy drugi szczegół, ale esencja jest taka sama.
to prawda, że przemoc rośnie w ciszy. jak długo będziemy milczeć, jak długo będziemy odwracać wzrok i udawać, że nic nie słyszymy, nic nie widzimy, nic nie zauważamy, tak długo te historie będą się powtarzać.
posłuchajcie, moi mili, przemyślcie:
http://www.ted.com/talks/leslie_morgan_steiner_why_domestic_violence_victims_don_t_leave
r. opowiada, że kiedy z jej partnerem, ojcem ostatniego chłopczyka, układało się coraz gorzej (czyt. bił ją coraz częściej i mocniej), złożyła skargę na policję, a on w odpowiedzi złożył do sądu pozew o odebranie jej praw rodzicielskich i ustalenie go jedynym opiekunem dziecka. pierwszą rozprawę ustalono na dzień 14 listopada. 7 listopada chłopczyk zmarł. r. pojawiła się w sądzie, żeby poinformować, że syn zmarł - kiedy usłyszała jego imię wypowiadane przez sędziego, nie mogła przestać płakać.
c. ma trójkę dzieci w wieku od 5 do 11 lat, dwie dziewczynki i chłopca. opowiada mi, że w domu niczego nie brakowało, kasy starczało na wszystko, tylko facet ją od czasu do czasu bił. ale cierpliwość tak naprawdę straciła, kiedy nakryła go z inną. w sensie, odkryła, że ma dwa domy i dwa równoległe życia. pytam, czy się nie boi. nie, chwilowo nie, bo "nieboszczyk" (tak dziewczyny mówią o mężach, od których uciekły) siedzi.
- ach, tak szybko go skazali za bicie żony?
- nie - wyjaśnia c. z pobłażliwym uśmiechem - siedzi za napad z bronią w ręku. wpadł miesiąc po tym, jak zabrałam dzieci i uciekłam. a poza tym, wiesz, kociu, ja poczułam, że miarka się przebrała, jak on zaczął mi dzieci trenować, żeby kradły w sklepach, a potem zaczął zabierać je na napady.
- ?????????!!!!!!!!! c, na miłość boską, kim twój gach był z zawodu?
- policjantem.
s., mężatka od lat siedemnastu, matka dwóch nastoletnich chłopców. bita przez męża w zasadzie do samego początku małżeństwa. bici byli też chłopcy - szczególnie, jeśli bronili matki. po kilku miesiącach w schronisku udało jej się wreszcie złożyć wniosek o rozwód. na pierwszej rozprawie, która służy ustaleniu, czy aby może małżonkowie nie są skłonni się pogodzić, sędzia pyta s., czy utrzymuje są decyzję o rozwodzie. s. odpowiada, że tak, że nie ma o czym dyskutować. sędzia zwraca się do jej jeszcze-męża:
- a czy pan zgadza się na rozwód?
- w żadnym wypadku, wysoki sądzie, ja bardzo kocham moją małżonkę.
- proszę pana - odpowiada na to sędzia - wie pan, coś tu jest chyba nie tak, bo pańska małżonka od sześciu miesięcy przebywa wraz z dziećmi w schronisku dla ofiar przemocy domowej... to jak to jest tak naprawdę z tą miłością?
... i mogłabym tak jeszcze długo. te historie się nie kończą, co miesiąc-dwa jedna z nas organizuje sobie życie na nowo i wychodzi ze schroniska, a trafia tu do nas nowa dziewczyna. zmieniają się imiona, wiek dzieci, miasto, zmienia się jeden czy drugi szczegół, ale esencja jest taka sama.
to prawda, że przemoc rośnie w ciszy. jak długo będziemy milczeć, jak długo będziemy odwracać wzrok i udawać, że nic nie słyszymy, nic nie widzimy, nic nie zauważamy, tak długo te historie będą się powtarzać.
posłuchajcie, moi mili, przemyślcie:
http://www.ted.com/talks/leslie_morgan_steiner_why_domestic_violence_victims_don_t_leave
sobota, 28 lutego 2015
najpierwszy najlepszy przyjaciel
odbieram wczoraj józia z przedszkola. kiedy wchodzę do sali, młodzież zajęta jest rysowaniem. chłopiec siedzący obok józia zwraca się do mnie:
- proszę, narysowałem to dla pani.
- ach tak? to opowiedz mi, co narysowałeś.
- tutaj jest statek kosmiczny, tutaj niebo, a tutaj ja i józek.
- już wiem - to ty jesteś michałek.
- skąd pani wiedziała?
...skąd wiedziałam...
rano, kiedy odprowadziłam józia do przedszkola, rozmawiałam chwilkę z wychowawczynią, przemiłą panią tereską o czarownej chrypce janis joplin.
- pani kociu, ten pani józio i michałek to się dobrali w korcu maku! duo inferno! jak oni się nawzajem nakręcają! czasem to aż się muszę na nich ostentacyjnie obrazić, żeby się uspokoili...
bardzo jestem dumna z mojego syna, że już wyrobił sobie, na spółkę z michałkiem, renomę przedszkolnego łobuza. a tymczasem przyjaźń kwitnie: kilka dni temu józio zaprezentował mi z dumą prezent, jaki dostał od michałka: niteczkową bransoletkę przyjaźni. noszą obydwaj takie same i nie zdejmują ani to spania, ani do kąpieli. dozgonna przyjaźń zobowiązuje.
- proszę, narysowałem to dla pani.
- ach tak? to opowiedz mi, co narysowałeś.
- tutaj jest statek kosmiczny, tutaj niebo, a tutaj ja i józek.
- już wiem - to ty jesteś michałek.
- skąd pani wiedziała?
...skąd wiedziałam...
rano, kiedy odprowadziłam józia do przedszkola, rozmawiałam chwilkę z wychowawczynią, przemiłą panią tereską o czarownej chrypce janis joplin.
- pani kociu, ten pani józio i michałek to się dobrali w korcu maku! duo inferno! jak oni się nawzajem nakręcają! czasem to aż się muszę na nich ostentacyjnie obrazić, żeby się uspokoili...
bardzo jestem dumna z mojego syna, że już wyrobił sobie, na spółkę z michałkiem, renomę przedszkolnego łobuza. a tymczasem przyjaźń kwitnie: kilka dni temu józio zaprezentował mi z dumą prezent, jaki dostał od michałka: niteczkową bransoletkę przyjaźni. noszą obydwaj takie same i nie zdejmują ani to spania, ani do kąpieli. dozgonna przyjaźń zobowiązuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)