część pierwsza rozegrała się pod koniec 2014 roku, kiedy to krótko po podpisainu umowy z dostawcą netu musiałam w trybie natychmiastowym ewakuować się z domu szanownego prawie byłego małżonka, który jednakowoż nadal korzystał z usług, za które ja płaciłam, i nie miał zamiaru oddać sprzętu należącego do firmy.
poszłam do jednego punktu obsługi - łaskawie zablokowali przeszłemu mężowi telefon, ale odmówili wyłączenia internetu. poszłam do drugiego punktu - odesłali mnie z kwitkiem, rozłożywszy ręce,bo takiego przypadku to nie mieli i nie wiedzą jak. poszłam do trzeciego punktu, usłyszałam to samo i puściły mi nerwy. wysmarowałam reklamację na trzy strony, a błędów i pogróżek nasadzilam tam proporcjonalnie do zdenerwowania. dwa tygodnie później zadzwonili do mnie z centrum skarg i reklamacji, że owszem, że rozumieją, sytuacja wyjątkowa, więc oni proponują, że umowa wygasa od zaraz i nic nie płacę za niedotrzymania terminu umowy (przede mną rysowały się dwa lata po 70 euro na miesiąc...)
...i do dnia dzisiejszego nie odebrali należnego im sprzętu, chociaż ponad rok po ucieczce od byłego odzyskałam wreszcie te modemy sremy i umawialam się z nimi na odbiór trzy razy.
odsłona druga: odkąd wprowadziliśmy się do d. w czerwcu zeszłego roku, kwestia pełzającego internetu spędzała nam sen z powiek. firma, o dziwo, ta sama. wydzwanialiśmy do nich, składaliśmy reklamacje, inc się nie zmieniało. wreszcie zaczęliśmy robić printscreeny, dzień po dniu, a potem zanieśliśmy tę kolecję do punktu obsługi i powiedzieliśmy, że albo wreszcie dostarczą usługę, za którą płacimy, albo wymawiamy umowę. reklamacja zarejestrowana, natychmiast zadzwonił do nas niegrzeczny pan z centrum zastraszania klientów i w bezczelnych słowach starał się odwieść nas od tego pomysłu. nie daliśmy się. parę dni później zadzwoniła nieco milsza pani z centrali i poinformowała, że firma nie ma w planach żadnych napraw i zmian technicznych w naszych okolicach, wobec czego internet nadal będzie pełzał. zapytała, co w związku z tym zamierzamy. rozwiązać umowę, odpowiedzieliśmy szczerze. a ja przezornie zapisałam datę i godzinę rozmowy (tej i wszystkich poprzednich).
wróciliśmy do punktu obsługi, wypełniliśmy papiery rozwodowe i po trzech tygodniach usługę wyłączono. przysłali nam jeszcze rachunek za telefon za sierpień, a potem cisza. aż do zeszłego tygodnia, kiedy to przysłali nam fakturę na 900 euro z tytułu niedotrzymania terminu umowy.
krew błękitna zagotowała mi się w żyłach. wysmarowałam reklamację na 5 stron, tym razem bez błędów, za to tradycyjnie z pogróżkami, i 9 stron printscreenów. zanieśliśmy do punktu obsługi. zarejestrowaliśmy reklamację. dziś rano zadzwoniła grzeczna pani z działu skarg i reklamacji i poinformowała d., że przeanalizowali nasz przypadek i rzeczywiście, przychylają się do reklamacji, faktura zostanie anulowana. hehe, 900 euro.
pisanie ma przyszłość :D
poniedziałek, 6 lutego 2017
piątek, 22 lipca 2016
nie mam planu wakacji
nie mam planu wakacji - uświadomiłam sobie, kiedy przeczytałam dziś rano maila od niemal byłego męża, który spędza obecnie należną mu część wakacji z młodymi i robi w tymże mailu żaluzje do planu wakacji, jaki to z naszymi dziećmi realizuje.
nie mam planu wakacji - jestem szczęśliwym człowiekiem :)
wiem tylko, że po dwóch latach aresztu domowego możemy wreszcie spokojnie pojechać w sierpniu na wakacje do polski i do niemiec, wiem, że czeka na nas rodzina i przyjaciele, wiem, gdzie spędzimy pierwszą noc i wiem, czym dojedziemy do rodzinnego miasta. i tyle :)
nie wiozę prezentów, bo mamy tylko bagaż podręczny. nie obiecuję na 100%, że się spotkam tu czy tam - bo może wypaść coś nieprzewidzianego. nie robię sobie listy zakupów. nie robię wielkich planów. wbijam sobie do głowy, że absolutnie, kategorycznie nie wolno mi się spieszyć i denerwować, bo gdzieś nie zdążę albo czegoś nie zrobię. ha! człowiek z wiekiem mądrzeje, nie? albo przynajmniej udaje :)
z innych wieści to takie, że porzuciłam dawną pracę, gdyż albowiem do szału i rozpaczy doprowadzały mnie dwumiesięczne opóźnienia w wypłacaniu głodowego wynagrodzenia. dzieci kategorycznie odmówiły jedzenia trawy i zapijania wodą z rzeki, więc musiałam poszukać takiej pracy, w której płacą na czas i w ilości wystarczającej na chlebek i masełko. na razie jestem zadowolona - potem zobaczymy, bo nic nie trwa wiecznie.
po drugie - znowu się przeprowadziliśmy. mam dosyć przeprowadzek i na widok kartonów piętrzących się w garażu dostaję wysypki - ale cierpliwie wyciągam jeden po drugim i rozpakowuję. poza tym wróciliśmy na wybrzeże, a tu klimat znacznie przyjemniejszy. poza tym mamy tarasik, z którego można wyleźć na dachy własne i sąsiadów, zasadziłam pomidory w skrzyneczkach, truskawki zasadzone parę tygodni temu nieśmiało kwitną i owocują, szczypior wybił się jak głupi, podobnie wyrosła malina, nawet tymianek zasuszony okrutnie przeze mnie wziął i zmartwychwstał.
na taras i podwórko przychodzą się posilać koty nasze i nienasze, a wszystkie solidarnie przynoszą pchły. po tygodniach desperacji odkryliśmy niezawodny i tani środek, którym spryskaliśmy taras, jadalniany kąt kotów, schody wejściowe i framugi wszystkich drzwi - pchły znikły jak za dotknięciem magicznej różdżki.
po trzecie - onufry powinien na dniach otrzymać towarzyszkę dzikich zabaw w postaci młodej kotki. kotka chwilowo unika schwytania przez obecnego opiekuna, chyba poczuła pismo nosem i chowa się bezczelnie :)
po czwarte, ja bym tak mogła jeszcze długo, ale muszę ruszyć tyłek do garażu, rozpakowywać kartony... :(
ale za to jak skończę... :)
nie mam planu wakacji - jestem szczęśliwym człowiekiem :)
wiem tylko, że po dwóch latach aresztu domowego możemy wreszcie spokojnie pojechać w sierpniu na wakacje do polski i do niemiec, wiem, że czeka na nas rodzina i przyjaciele, wiem, gdzie spędzimy pierwszą noc i wiem, czym dojedziemy do rodzinnego miasta. i tyle :)
nie wiozę prezentów, bo mamy tylko bagaż podręczny. nie obiecuję na 100%, że się spotkam tu czy tam - bo może wypaść coś nieprzewidzianego. nie robię sobie listy zakupów. nie robię wielkich planów. wbijam sobie do głowy, że absolutnie, kategorycznie nie wolno mi się spieszyć i denerwować, bo gdzieś nie zdążę albo czegoś nie zrobię. ha! człowiek z wiekiem mądrzeje, nie? albo przynajmniej udaje :)
z innych wieści to takie, że porzuciłam dawną pracę, gdyż albowiem do szału i rozpaczy doprowadzały mnie dwumiesięczne opóźnienia w wypłacaniu głodowego wynagrodzenia. dzieci kategorycznie odmówiły jedzenia trawy i zapijania wodą z rzeki, więc musiałam poszukać takiej pracy, w której płacą na czas i w ilości wystarczającej na chlebek i masełko. na razie jestem zadowolona - potem zobaczymy, bo nic nie trwa wiecznie.
po drugie - znowu się przeprowadziliśmy. mam dosyć przeprowadzek i na widok kartonów piętrzących się w garażu dostaję wysypki - ale cierpliwie wyciągam jeden po drugim i rozpakowuję. poza tym wróciliśmy na wybrzeże, a tu klimat znacznie przyjemniejszy. poza tym mamy tarasik, z którego można wyleźć na dachy własne i sąsiadów, zasadziłam pomidory w skrzyneczkach, truskawki zasadzone parę tygodni temu nieśmiało kwitną i owocują, szczypior wybił się jak głupi, podobnie wyrosła malina, nawet tymianek zasuszony okrutnie przeze mnie wziął i zmartwychwstał.
na taras i podwórko przychodzą się posilać koty nasze i nienasze, a wszystkie solidarnie przynoszą pchły. po tygodniach desperacji odkryliśmy niezawodny i tani środek, którym spryskaliśmy taras, jadalniany kąt kotów, schody wejściowe i framugi wszystkich drzwi - pchły znikły jak za dotknięciem magicznej różdżki.
po trzecie - onufry powinien na dniach otrzymać towarzyszkę dzikich zabaw w postaci młodej kotki. kotka chwilowo unika schwytania przez obecnego opiekuna, chyba poczuła pismo nosem i chowa się bezczelnie :)
po czwarte, ja bym tak mogła jeszcze długo, ale muszę ruszyć tyłek do garażu, rozpakowywać kartony... :(
ale za to jak skończę... :)
środa, 14 października 2015
podobieństwa
mój józik, syn pierworodny, cara chapada da mamã (w wolnym tłumaczeniu: skóra zdjęta z matki), ujawnia kolejne podobieństwa do matki, co go zrodziła i dojnym cycem wykarmiła.
ostatnio ujawnione to swoiste roztrzepanie, mimo chęci i świadomie wzmacnianych skłonności do minimalanej organizacji przestrzeni i dobytku. w zeszły piątek józiowi "zapomniało się" kurtki - a na weekend zapowiadano huragany, ulewy, burze z piorunami. prognoza spełniła się w stu procentach, a ja kombinowałam, w jakie nieprzemakalne giezłeczko odziać syna, aby gil a nosa nie przekroczył krytycznej długości (znaczy, do pasa).
józio objechany przez matkę obiecał poprawę. w poniedziałek, gdy odbierałam go z treningu piłki nożnej, bezrękawnik miał, zapomniał już tylko czapki...
dziś rano pakuję mu śniadaniówkę do tornistra i cóż konstatuję? brak piórnika :) pewnie "się zapomniało" na świetlicy i dziś się odnajdzie.
to wszystko prowadzi do jedynego słusznego wniosku: po jakiego grzyba kupować dziecku supermarkowe ciuchy i drogie gadżety w postaci siedmiokomorowego piórnika z napędem atomowym, skoro dzieciak tak mało zwraca na to uwagę, że mi rozsiewa fanty po wiosce? w tym sensie bardzo mnie cieszy józiowe nieprzywiązanie do rzeczy materialnych, choć oczywiście wolałabym, żeby nie gubił części garderoby.
ale ja tu na dziecko donoszę, a miało być o podobieństwach. otóż mnie się udało wczoraj zacząć dzień od zatrzaśnięcia kluczy w mieszkaniu. i nie było to byle jakie zatrzaśnięcie: jeden klucz jest przypięty do kluczyków samochodowych, więc miałam go w kieszeni; drugi klucz zostawiłam w drzwiach, wewnątrz, więc nie mogłam użyć klucza, który miałam przy sobie - zamek się przyblokował.
odwiozłam młodych do szkoły, pojechałam do pracy z ciężkim sercem, że muszę teraz do śluszarza czy coś, zamieszanie, koszty... a tu pod bramą spotykam mojego szefa - poskarżyłam się na własną głupotę, a ten zaśmiał się i wręczył mi swoje zdjęcie rtg, które zapewne z myślą o takich nagłych przypadkach wozi w samochodzie. "idź, dziecko, włam się - wiesz jak?" - wiedziałam co prawda tylko z opisów osób, którym obrabowano mieszkania, ale zadziałało bez pudła. poczułam się jak młodociany przestępca (znaczy, lat mi ubyło) i wróciłam do pracy już w lepszym humorze.
od wczoraj jest słońce i będzie jeszcze przez dwa dni - ja oraz reszta wioski wykorzystujemy sprzyjającą aurę i pierzemy wszystko jak popadnie. szum wirówek miesza się z ćwierkaniem ptaszków i meczeniem krów. przymulone jesienne muchy przysiadają od niechcenia na kolorowych ręcznikach. na sznurkach rozwieszonych nad ulicami powiewają kalesony.
z dialogów pracowniczych z moim szefem:
szef zapowiedział, że będzie dostawa nowych naklejek z logo firmy. kilka dni później idzie korytarzem z jedną taka naklejką w ręku i mówi do mnie: masz, kociu, naklej sobie na czole, bo masz wąskie.
na co kocia, niewiele myśląc, odpowiedziała: naklej sobie szefie sam, najlepiej na dupie, bo masz szeroką.
szef ryknął śmiechem, bo takiej mniej więcej odpowiedzi się spodziewał, ale obecne przy tej kulturalnej wymianie zdań koleżanki były wyraźnie skonfundowane.
ostatnio ujawnione to swoiste roztrzepanie, mimo chęci i świadomie wzmacnianych skłonności do minimalanej organizacji przestrzeni i dobytku. w zeszły piątek józiowi "zapomniało się" kurtki - a na weekend zapowiadano huragany, ulewy, burze z piorunami. prognoza spełniła się w stu procentach, a ja kombinowałam, w jakie nieprzemakalne giezłeczko odziać syna, aby gil a nosa nie przekroczył krytycznej długości (znaczy, do pasa).
józio objechany przez matkę obiecał poprawę. w poniedziałek, gdy odbierałam go z treningu piłki nożnej, bezrękawnik miał, zapomniał już tylko czapki...
dziś rano pakuję mu śniadaniówkę do tornistra i cóż konstatuję? brak piórnika :) pewnie "się zapomniało" na świetlicy i dziś się odnajdzie.
to wszystko prowadzi do jedynego słusznego wniosku: po jakiego grzyba kupować dziecku supermarkowe ciuchy i drogie gadżety w postaci siedmiokomorowego piórnika z napędem atomowym, skoro dzieciak tak mało zwraca na to uwagę, że mi rozsiewa fanty po wiosce? w tym sensie bardzo mnie cieszy józiowe nieprzywiązanie do rzeczy materialnych, choć oczywiście wolałabym, żeby nie gubił części garderoby.
ale ja tu na dziecko donoszę, a miało być o podobieństwach. otóż mnie się udało wczoraj zacząć dzień od zatrzaśnięcia kluczy w mieszkaniu. i nie było to byle jakie zatrzaśnięcie: jeden klucz jest przypięty do kluczyków samochodowych, więc miałam go w kieszeni; drugi klucz zostawiłam w drzwiach, wewnątrz, więc nie mogłam użyć klucza, który miałam przy sobie - zamek się przyblokował.
odwiozłam młodych do szkoły, pojechałam do pracy z ciężkim sercem, że muszę teraz do śluszarza czy coś, zamieszanie, koszty... a tu pod bramą spotykam mojego szefa - poskarżyłam się na własną głupotę, a ten zaśmiał się i wręczył mi swoje zdjęcie rtg, które zapewne z myślą o takich nagłych przypadkach wozi w samochodzie. "idź, dziecko, włam się - wiesz jak?" - wiedziałam co prawda tylko z opisów osób, którym obrabowano mieszkania, ale zadziałało bez pudła. poczułam się jak młodociany przestępca (znaczy, lat mi ubyło) i wróciłam do pracy już w lepszym humorze.
od wczoraj jest słońce i będzie jeszcze przez dwa dni - ja oraz reszta wioski wykorzystujemy sprzyjającą aurę i pierzemy wszystko jak popadnie. szum wirówek miesza się z ćwierkaniem ptaszków i meczeniem krów. przymulone jesienne muchy przysiadają od niechcenia na kolorowych ręcznikach. na sznurkach rozwieszonych nad ulicami powiewają kalesony.
z dialogów pracowniczych z moim szefem:
szef zapowiedział, że będzie dostawa nowych naklejek z logo firmy. kilka dni później idzie korytarzem z jedną taka naklejką w ręku i mówi do mnie: masz, kociu, naklej sobie na czole, bo masz wąskie.
na co kocia, niewiele myśląc, odpowiedziała: naklej sobie szefie sam, najlepiej na dupie, bo masz szeroką.
szef ryknął śmiechem, bo takiej mniej więcej odpowiedzi się spodziewał, ale obecne przy tej kulturalnej wymianie zdań koleżanki były wyraźnie skonfundowane.
wtorek, 18 sierpnia 2015
pracuje się!
od wczoraj oficjalnie koniec rocznego bezrobocia.
zajechaliśmy w niedzielę wieczorem do wsi, samochodem obładowanym po dziurki w dachu (jakie dziurki?? 10 lat gwarancji na korozję, tfu, na psa urok!), a ładunek składał się jedynie z absolutnie niezbędnych rzeczy, bo to taka nasza tradycyjna przeprowadzka na pełnej improwizacji. reszta rzeczy kiedyśtam dojedzie furgonetką, jak umówię furgonetkę i popakuję resztę kartonów.
dzieci zostawiłam babce i pognałam na wieś, szukać otwartego spożywczego w celu zakupu mleka i jajek. w niedzielę normalnie wszystko jest otwarte, ale nie wzięłam pod uwagę, że 15 było święto, w miejscowej tradycji w wersji matka boska lodowcowa. drzwi spożywczego zamknięte na głucho, a na placyku opodal niedobitki festynu. z głośników w knajpce leci muzyka taneczna w rytmie nieskomplikowanym i o takiej treści, pod zieloną plandeką długi stół, przy nim kilku obuwateli i tyleż obywatelek popija piwo i spożywa grilla naszego powszedniego; w pobliskich krzakach szcza nieskrępowanie obywatel; przy latarni ulicznej stoi owca - pewnie na koniec grillowania odprowadzi go do domu.
ech, pomyślałam, od razu człowiek czuje się jak w domu!
zajechaliśmy w niedzielę wieczorem do wsi, samochodem obładowanym po dziurki w dachu (jakie dziurki?? 10 lat gwarancji na korozję, tfu, na psa urok!), a ładunek składał się jedynie z absolutnie niezbędnych rzeczy, bo to taka nasza tradycyjna przeprowadzka na pełnej improwizacji. reszta rzeczy kiedyśtam dojedzie furgonetką, jak umówię furgonetkę i popakuję resztę kartonów.
dzieci zostawiłam babce i pognałam na wieś, szukać otwartego spożywczego w celu zakupu mleka i jajek. w niedzielę normalnie wszystko jest otwarte, ale nie wzięłam pod uwagę, że 15 było święto, w miejscowej tradycji w wersji matka boska lodowcowa. drzwi spożywczego zamknięte na głucho, a na placyku opodal niedobitki festynu. z głośników w knajpce leci muzyka taneczna w rytmie nieskomplikowanym i o takiej treści, pod zieloną plandeką długi stół, przy nim kilku obuwateli i tyleż obywatelek popija piwo i spożywa grilla naszego powszedniego; w pobliskich krzakach szcza nieskrępowanie obywatel; przy latarni ulicznej stoi owca - pewnie na koniec grillowania odprowadzi go do domu.
ech, pomyślałam, od razu człowiek czuje się jak w domu!
wtorek, 4 sierpnia 2015
my tu gadu-gadu...
...a ue po cichu nałożyła na mnie obowiązek informowania moich czytelników, iż używam plików cookies. a ja używam? jak używam, to nie wiedziałam, bardzo państwa przepraszam.
po drodze przeszły jak huragam szóste urodziny józia i czwarte urodziny julka. syneczki rosną jak na chemicznym spulchniaczu i gumie arabskiej razem wziętych. tłuką się, bawią wspólnie, znowu tłuką, ciągają za krótkie fryzurki i żyć bez siebie nie mogą. kiedy w skupieniu oglądają bajkę, niepostrzeżenie i jakby nigdy nic opierają się o siebie nawzajem ramionkami i grzeją jak wilczki w jamie. jeśli zasną w jednym łóżku, to opleceni nawzajem nogami.
pozorną sielankę przerywa nam szara rzeczywistość, przypominając bezlitośnie, że do końca wszystkich procesów jeszcze sporo czasu upłynie, a traumy zamiecione pod dywan nie znikają - wciąż się o nie potykamy. eksperymentalny sygnał zła wysyłany stale z drugiej strony już mnie nie zaskakuje, choć wciąż przyglądam się temu przedstawieniu ze zdziwieniem: to nieprawdopodobne - a jednak. a jednak można być tak bezrefleksyjnie zaciętym w złości, można w głupocie i arogancji niszczyć wszystko, co piękne - poczynając od własnych dzieci. można, chcąc odegrać się na matce, walić na oślep w dzieci... i całe szczęście, że mamy wokół tylu wspaniałych ludzi, którzy chcą pomóc i pomagają.
po drodze przeszły jak huragam szóste urodziny józia i czwarte urodziny julka. syneczki rosną jak na chemicznym spulchniaczu i gumie arabskiej razem wziętych. tłuką się, bawią wspólnie, znowu tłuką, ciągają za krótkie fryzurki i żyć bez siebie nie mogą. kiedy w skupieniu oglądają bajkę, niepostrzeżenie i jakby nigdy nic opierają się o siebie nawzajem ramionkami i grzeją jak wilczki w jamie. jeśli zasną w jednym łóżku, to opleceni nawzajem nogami.
pozorną sielankę przerywa nam szara rzeczywistość, przypominając bezlitośnie, że do końca wszystkich procesów jeszcze sporo czasu upłynie, a traumy zamiecione pod dywan nie znikają - wciąż się o nie potykamy. eksperymentalny sygnał zła wysyłany stale z drugiej strony już mnie nie zaskakuje, choć wciąż przyglądam się temu przedstawieniu ze zdziwieniem: to nieprawdopodobne - a jednak. a jednak można być tak bezrefleksyjnie zaciętym w złości, można w głupocie i arogancji niszczyć wszystko, co piękne - poczynając od własnych dzieci. można, chcąc odegrać się na matce, walić na oślep w dzieci... i całe szczęście, że mamy wokół tylu wspaniałych ludzi, którzy chcą pomóc i pomagają.
poniedziałek, 15 czerwca 2015
za krótkie te wakacje...
ghandzioszek przyleciał do nas na krótkie sześć dni, sześć dni zdecydowanie za krótkie, żeby się ghandzioszkiem uczciwie nacieszyć. dziś odwieźliśmy go na lotnisko i jesteśmy nieutuleni w żalu.
młodzi zostali odmoczeni, zaraz posadzę ich do kolacji, a potem zagonię do wyrek, jako że jutro idą do przedszkola, a matka do pracy. wszyscy troje musimy zatem wcześnie wstać i zaprezentować się w odpowiednich instytucjach w stanie przyzwoitym (nie w piżamach).
zagęszczenie pozwów ostatnimi czasy odbiera mi znowu spokojny sen, ale wierzę, że jużeśmy za półmetkiem i jeszcze tochę, a wszystko zacznie się wyjaśniać i układać. w międzyczasie odpowiadam na kłamliwe, a chwilami wręcz kretyńskie zarzuty, i zbieram się psychicznie do kupy na rozprawę rozwodową, która pewnie nie prędzej niż we wrześniu, bo już wkrótce zaczynają się półtoramiesięczne wakacje sądowe. oby to były spokojne wakacje również dla nas.
młodzi zostali odmoczeni, zaraz posadzę ich do kolacji, a potem zagonię do wyrek, jako że jutro idą do przedszkola, a matka do pracy. wszyscy troje musimy zatem wcześnie wstać i zaprezentować się w odpowiednich instytucjach w stanie przyzwoitym (nie w piżamach).
zagęszczenie pozwów ostatnimi czasy odbiera mi znowu spokojny sen, ale wierzę, że jużeśmy za półmetkiem i jeszcze tochę, a wszystko zacznie się wyjaśniać i układać. w międzyczasie odpowiadam na kłamliwe, a chwilami wręcz kretyńskie zarzuty, i zbieram się psychicznie do kupy na rozprawę rozwodową, która pewnie nie prędzej niż we wrześniu, bo już wkrótce zaczynają się półtoramiesięczne wakacje sądowe. oby to były spokojne wakacje również dla nas.
poniedziałek, 4 maja 2015
czekając na lodówkę
młodzi zbudzeni dziś o podłej godzinie, z trudem zwlekli się z łóżek, przy czym józio niechętnie, lecz karnie, a julek - zupełnie wyjątkowo bez ryku. do czasu. gdyż albowiem po śniadaniu trzeba sie było ubrać, w tym - wdziać znienawidzony przez julka fartuszek przedszkolny.
zazwyczaj fartuszek wdziewamy mimochodem, jakby nigdy nic, w ostatniej sekundzie przed wejściem do sali. za brak fartuszka nie przewidziano sankcji, tylko matka ma więcej roboty, w tym farbki, plastelinę, glinę i klej roślinny, pracowicie wydłubywane i zeskrobywane nocami z dresików.
dziś jednak nakazałam młodym przywdziać fartuszki z wyprzedzeniem, ponieważ od dziś są do przedszkola odprowadzani i odbierani zeń przez mamę jednej z dziewczynek z grupy julka. ja od jutra powinnam zacząć pracę i nie dam rady się rozdwoić. żeby już nie dokładać kobiecinie roboty, odstawiam dzieci po śniadaniu, przygotowane, umundurowane, zwarte i gotowe.
julek wpadł w ryk, bo fartuszka założyć nie chce, a ja się uparłam. on na mnie nawrzeszczał, ja na niego nawrzeszczałam, a i tak musiało stanąć na moim: dziecko zapakowane do fotelika i przypięte, choć drące się wniebogłosy, matka wściekła, józio zdyscyplinowany i cichutki. po pięciu minutach julek jakby ucichł, po czym zaczął nas zagadywać, a wreszcie zapytał jakby nigdy nic, czy on też mógły dostać tego cukierka na gardło, co go józio dostał. no, mógłby. kryzys zażegnany, rozstaliśmy się przed domem koleżanki w uściskach i całusach.
siedzę teraz w naszym nowym mieszkaniu, pozamiatałam, zmyłam posadzki i oczekuję na liczny sprzęt agd, który ma dziś zostać dostarczony. kierowca już nawet do mnie zadzwonił z pytaniem, gdzie właściwie jest taka ulica, bo żaden gps jej nie widzi. taki tajny adres sobie znalazłam, panie dzieju! bo to trzeba wejść w ślepą uliczkę, stanąć przed murem, powiedzieć tajemne hasło, a następnie nacisnąć czwartą cegłę od prawej i otwiera się sekretne przejście do świata koci :)
po odbiorze sprzętu lista moich zadań na dziś jest jeszcze długa i upierdliwa, i zawiera m.in. zapisania siebie i dzieci do przychodni, a następnie umówienie józia na dziś do lekarza, bo ucho jednak nadal boli i obawiam się, że nas czeka kolejny antybiotyk. mam szereg wątpliwości co do tego zapisywania do przychodni. zawsze czekamy bardzo, baaardzo długo na przyjęcie i nie mam pojęcia, czy przysługują nam wizyty domowe np. pediatry - bo to jest mi najbardziej potrzebne. nic to, dziś temat obadamy.
tymczasem prześladuje mnie dziwne, nieprzyjemne uczucie, że mi coś znowu umyka, że o czymś zapomniałam, że coś jest nie tak. bardzo to denerwujące, gdy w środku nocy budzi nas niepokój. oby szybko przeszło.
zazwyczaj fartuszek wdziewamy mimochodem, jakby nigdy nic, w ostatniej sekundzie przed wejściem do sali. za brak fartuszka nie przewidziano sankcji, tylko matka ma więcej roboty, w tym farbki, plastelinę, glinę i klej roślinny, pracowicie wydłubywane i zeskrobywane nocami z dresików.
dziś jednak nakazałam młodym przywdziać fartuszki z wyprzedzeniem, ponieważ od dziś są do przedszkola odprowadzani i odbierani zeń przez mamę jednej z dziewczynek z grupy julka. ja od jutra powinnam zacząć pracę i nie dam rady się rozdwoić. żeby już nie dokładać kobiecinie roboty, odstawiam dzieci po śniadaniu, przygotowane, umundurowane, zwarte i gotowe.
julek wpadł w ryk, bo fartuszka założyć nie chce, a ja się uparłam. on na mnie nawrzeszczał, ja na niego nawrzeszczałam, a i tak musiało stanąć na moim: dziecko zapakowane do fotelika i przypięte, choć drące się wniebogłosy, matka wściekła, józio zdyscyplinowany i cichutki. po pięciu minutach julek jakby ucichł, po czym zaczął nas zagadywać, a wreszcie zapytał jakby nigdy nic, czy on też mógły dostać tego cukierka na gardło, co go józio dostał. no, mógłby. kryzys zażegnany, rozstaliśmy się przed domem koleżanki w uściskach i całusach.
siedzę teraz w naszym nowym mieszkaniu, pozamiatałam, zmyłam posadzki i oczekuję na liczny sprzęt agd, który ma dziś zostać dostarczony. kierowca już nawet do mnie zadzwonił z pytaniem, gdzie właściwie jest taka ulica, bo żaden gps jej nie widzi. taki tajny adres sobie znalazłam, panie dzieju! bo to trzeba wejść w ślepą uliczkę, stanąć przed murem, powiedzieć tajemne hasło, a następnie nacisnąć czwartą cegłę od prawej i otwiera się sekretne przejście do świata koci :)
po odbiorze sprzętu lista moich zadań na dziś jest jeszcze długa i upierdliwa, i zawiera m.in. zapisania siebie i dzieci do przychodni, a następnie umówienie józia na dziś do lekarza, bo ucho jednak nadal boli i obawiam się, że nas czeka kolejny antybiotyk. mam szereg wątpliwości co do tego zapisywania do przychodni. zawsze czekamy bardzo, baaardzo długo na przyjęcie i nie mam pojęcia, czy przysługują nam wizyty domowe np. pediatry - bo to jest mi najbardziej potrzebne. nic to, dziś temat obadamy.
tymczasem prześladuje mnie dziwne, nieprzyjemne uczucie, że mi coś znowu umyka, że o czymś zapomniałam, że coś jest nie tak. bardzo to denerwujące, gdy w środku nocy budzi nas niepokój. oby szybko przeszło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)