czwartek, 12 września 2013

czas pędzi

boszszszsz, jak mi ostatnio dobrze. nic mnie nie wyprowadza z równowagi, za wyjątkiem mojej progenitury, ale tu są to wyładowania atmosferyczne krótkotrwałe i zamieniające się po chwili w śmiech.

świadomość upływu czasu, namacalność i nieuchronność końca pewnej ery w moim życiu zawodowym daje mi takiego haja, jakbym jechała od tygodni na jakichś superpsychodelicznych lekach :) chichoczę pod nosem, a czasem śmieję się pełnym głosem, odliczając dni.

jednocześnie z lubością chłonę szczegóły zimowego (w końcu w ciągu dnia dochodzi zaledwie do 30 stopni, więc ostra zima) krajobrazu: ulicznego sprzedawcę gazet dłubiącego melancholijnie w nosie, kandongersów wykonujących swoje śmiercionośne manerwy w ulicznym tłoku, dziewczyny chwiejące się w butach na zbyt wysokich obcasach, rozgadane lub wyjące maluchy odbierane przez rodziców z przedszkola naprzeciwko naszego domu, rybne przekupki, które anonsują się charakterystycznym zaśpiewem o mocy syreny strażackiej (po jakichś trzech latach zorientowałam się, że one wykrzykują na jednym oddechu nazwy kilku ryb - ale i tak połowy z nich nie znam)...

do pracy przychodzę na 7.00, rzadko wychodzę przed 16.00, ale wciąż dobry humor mnie nie opuszcza. bo to jeszcze tylko kilkanaście dni.

moje dzieci wytrzeliły w górę w to lato (europejskie), że hoho! zorientowałam się, robiąc cokwartalny przegląd odzieży i odkładając na bok ogromny stos rzeczy za małych na julka. rzeczy za małe na józia odłożyłam do szafy julka i nagle w szafie józia ukazały się puste półki... musieliśmy mu zakupić praktycznie wszystko, od majtek po buty, bo pod koniec sierpnia w nic już się nie mieścił. rosną nasze dzieci jak jeszcze do zeszłego kwartału dług publiczny portugalii ;)

z negatywnych plusów - odczuwam deficyt ciszy. jedyne naprawdę ciche minuty (bo to nawet nie jest pełna godzina), to moje poranne przygotowywanie się do pracy - bo wtedy szlachta jeszcze smacznie śpi. czekam na weekend, na spokojny sobotni poranek, kiedy to zasiądę do maszyny i dokończę bluzkę, którą mam na warsztacie od dwóch tygodni. a potem zawładnę światem.

sobota, 24 sierpnia 2013

od sanktuarium do kurnika

ostatnio mańkowi udało się zupełnie niechcący, a wręcz wbrew swojej woli, ująć głębię duszy luzytańskiej w jednej zgrabnej frazie: od sanktuarium do kurnika. co prawda chodziło mu o trasę, jaką józio zjeżdża na deskorolce (od minikapliczki na jednym krańcu naszej działki, do kurnika na drugim jej krańcu, po chodniczku, który idzie wzdłuż lekkiej pochyłości terenu i pozwala niebezpiecznie się rozpędzić – na szczęście kask i ochraniacze zakładane są obowiązkowo, a hamowanie też już ćwiczyli) – ale tak mnie tym ujął, że śmiałam się kolejne 10 minut. nikt za bardzo nie rozumiał, z czego się tak śmiałam, a to dlatego, że pomiędzy świętą inkwizycją i kurzym gównem brak jest miejsca na wysublimowane poczucie humoru.

 w rodzinnym albumie fotografii jest takie jedno charakterystyczne zdjęcie z fatimy: ja w ciemnych okularach, które wtedy rzadko zdejmowałam, bo mi wkurwem z oczu patrzyło, z wózkiem (julek miał wtedy 5 miesięcy), józio z niepewną minką usadzony na balustradce przed ołtarzem głównym i j-lo, na klęczkach przy tejże balustradce, z palcami splecionymi do modlitwy, a z miną taką, jakby ją przyłapano na czymś wielce nieprzyzwoitym – zapewne modliła się żarliwie o nasz rychły rozwód.

minęło kolejne półtora roku, a rozwodu ani widu, ani słychu. wobec tak ewidentnego braku zrozumienia u niebios, j-lo chyba dała w tym roku za wygraną, bo całe wakacje minęły mi bardzo spokojnie. po raz pierwszy od pięciu lat. żadnej awantury, żadnych histerycznych scen, żadengo dramatycznego grożenia zawałem serca. jak nie ona!  cisza i spokój.

dla równowagi kłócimy się z mańkiem raz na tydzień, bez większego zaangażowania, raczej żeby nie wyjść z wprawy – ale tym razem j-lo się do naszych kłótni nie włącza, więc gdy tylko wybrzmi echo po ostatnim krzyku, wszystko wraca do normy. wczoraj maniek zrobił mi awanturę o kurzące się od dwóch lat w salonie gazety, które wywaliłam bez pytania. bo tam były dwie, które były mu potrzebne. ukryte w tajnym schownku między katalogami ikei 2010/2011 i gazetkami telewizyjnymi z okresu listopad 2011-styczeń 2013. nie odpowiedziałam mu głośno, żeby spierdalał tylko dlatego, że jestem damą, a poza tym po portugalsku to już tak soczyścienie nie brzmi – odwróciłam się z godnością i poszłam pod prysznic. dziś nie mogę zapomnieć zapytać go przed wyrzuceniem śmieci z łazienki – czy moje zużyte podpaski też chce przejrzeć i skatalogować, czy jednak mogę je wyrzucić. ale może jednak do czegoś się jeszcze mogą przydać?


mamy dziś gości. w piekarniku piecze się śliczny sernik. typowy polsko-niemiecki sernik, więc jak wyjmę go z pieca, na pewno troszkę opadnie, ale za to będzie zupełnie nieportugalski, a o to nam głównie chodziło. będzie dopiekał się jeszcze około 20 minut, więc mogę spokojnie iść pod prysznic.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

siła genów i duch narodu

w moim młodszym synu odezwały się geny portugalskie. siedzimy na plaży, julek ładuje piasek na swoją nową ciężarówkę-wywrotkę. w pewnym momencie zwraca się do mnie dramatycznym tonem:
- mamusiu, skończyło się...
- co się skończyło?
- piasek się skończył...
(roztargnionemu czytelnikowi przypominam, że siedzimy na plaży...)
chciałam mu złośliwie podpowiedzieć, żeby zaimportował z angoli po cenie ropy naftowej, ale przypomniałam sobie w porę, że przecież nie wszystko stracone – 50% genów jest jednak polskich J

mieliśmy bardzo przyjemne 4-dniowe wakacje w algarve, na południu. maniek zapisał się na turniej siatkówki wraz ze swoją młodzieńczą miłością, żorżiniem, który jest również chrzestnym jóżia, a my z chłopakami i dziewczynami (wszystkie nasze żony i dzieci razem) żeśmy sobie leniuchowali i chlapali się w basenie. kiedy nasi mężowie razem wychodzą, nucimy sobie złośliwie z mariną, żoną żorzinia, melodię z brokeback mountain ;p

oprócz tego nie uniknęłam durnej dyskusji nad grilowaną rybą nt. środków antykryzysowych wprowadzonych przez portugalski rząd. powijam już oczywisty i odczuwalny fakt, iż obecny rząd nie cieszy się popularnością, bo jako pierwszy miał odwagę wprwadzić tak radykalne cięcia i z taką energią i uporem egzekwować od obywateli np. zwrot świadczeń nienależnie wypłacownych (np. zasiłki rodzinne wypłacane przez kilka lat po utracie prawa do takowych, zasiłki dla bezrobotnych, których przyłapano na pracy na czarno, dopłaty do róznego rodzaju wydatków ponoszonych z tytułu utrzmania pełnoletnich uczących się dzieci – które w międzyczasie porzuciły naukę...). podobnież szok w społeczeństwie przyzwyczajonym do szarej strefy wywołał przepis wprowadzający bezwzględnie kasy fiskalne oraz obowiązek wydawania (i żądania) rachunku lub faktury. jakoś do portugalczyków nie dociera, że przez lata żyli ponad stan – wydawali więcej, niż produkowali, inwestycje były realizowane z dotacji ue, różne przywileje i bonusy były opłacane kosztem zadłużania się państwa... i jakoś nie dociera do nich również fakt, iż bolesne środki podjęte przez tenże rząd, szereg mało popularnych reform, zaciskanie pasa, dyscyplina- przyniosły skutek, są pierwsze sygnały wychodzenia portugalii z kryzysu. a przecież rok temu mówiono całkiem serio, że portugalia będzie drugą grecją.

dyskusja absolutnie durnowata, bo jak rozmawiać sensownie z kimś, kto porównuje swoją sytuację zawodową i swoją emeryturę (35 lat w jakimś urzędzie gminnym czy coś w tym stylu) z sytuacją zawodową i emeryturą b. sędziny trybunału konstytucyjnego? portugalskie przepisy zezwalają na przejscie na emertyurę sądziom trybunału konstytucyjnego po 12 latach wykonywania zawodu. owa sędzina z tego prawa skorzystała i obecnie jest przewodniczącą parlamentu, całkiem zresztą sensowną; otrzymuje z tego tytułu wynagrodzenie i zachowała prawo do emerytury. emerytowana urzędniczka gminna, która ma maturę i w okresie wykonywania zawodu miała określony, znany zakres odpowiedzialności, uważa, że b. sędzina  powinna przejść na emeryturę na takich samych zasadach, jak ona, oraz mieć tę emeryturę wyliczoną w podobnej wysokości, co urzędniczka gminna, przecież żołądki wszyscy mamy takie same. bo w przeciwnym wypadku nie ma sprawiedliwości. jako argument potwierdzający fakt, iż sprawiedliwości nie ma, podała mi również to, iż jej bratowa mieszkająca od lat w wielkiej brytanii, co dwa lata wymienia sobie protezę (tj. sztuczną szczękę) i nic do tego nie dopłaca, a ona musi partycypować w kosztach usług swojego dentysty i ortodonty, jak również pokrywa część kosztów wizyt lekarskich i pobytów w szpitalu... i tu znowu nie dociera do niej, że system świadczeń socjalnych i zdrowotnych nie może być utrzymany wyłacznie  z naszych składek – że w każdym wypadku państwo do niego dopłaca. im bogatsze i lepiej zarządzane państwo, tym większe te dopłaty, tym mniej marnotrawionych środków i tym mniejsze indywidualne obciążenie obywatela.

a z tymi dopłatami do wizyt lekarskich to jest tak: za wizyty u lekarza pierwszego kontaktu, jak również za wizyty u specjalisty po skierowaniu przez tegoż lekarza , nie dopłaca się nic albo jakąś zupełnie symboliczną kwotę (2-3 euro). za badania, jeśli wykonane są w przychodni lub w laboratorium, które ma podpisaną umowę z ichnim nfz – nie płaci się nic lub dopłaca symboliczną kwotę. o ewentualnej dopłacie kiedyś decydował status pacjenta (nie płacili emeryci, renciści, dzieci do lat 18, kobiety w ciąży, niektóre zawody – wojskowi, strażacy itp.). teraz decydują zarobki, tj. poniżej pewnej kwoty dochodu na osobę w rodzinie uzyskuje się zwolnienie z opłat (odpowiednie zaświadczenie do uzyskania w urzędzie gminy), natomiast jeśli dochód na osobę w rodzinie tę kwotę przekracza, to do wizyt i badań trzeba dopłacać. nie jestem pewna, jak funkcjonuje refundacja leków przepisanych przez lekarza. tak czy inaczej, wprowadzenie przez rząd nowych zasad zwalniania z tzw. taxas moderadoras wywołał ogromne oburzenie wśród dotychczasowych beneficjentów – mimo tego, że część z nich, po udowodnieniu niskich dochodów, zachowała prawo do zwolnień z opłat.

na pewno prawdą jest to, że utrata przywilejów jest zawsze bardzo bolesna, nawet jeśli na zdrowy rozum i gołym okiem widać, że nie było i nie ma w kasie państwa pieniędzy na udzielanie takich świadczeń.

notabene, po wprowadzeniu nowego systemu dopłat do świadczeń lekarskich zdecydowanie zmniejszyła się liczba przypadków jazdy w weekend czy w nocy na ostry dyżur do szpitala ze schorzeniami i przypadłościami, które powinne być leczone w normalnym trybie u lekarza rodzinnego – w przypadku stwierdzenia braku uzasadnienia do leczenia w trybie ostrego dyżuru, zagrożenia życia itp., pacjent dostaje rachunek na 50 euro plus koszt badań i na drugi raz głębiej się zastanowi, zanim się wybierze na dyżur do szpitala, zamiast do swojej przychodni.

jednakowoż nadal funkcjonuje w narodzie myślenie magiczne jak u czerolatka – pieniążki mamusia wyciąga z bankomatu, wystarczy mieć kartę... dlatego też zdziwienie u pań z mojego banku wywołują moje systematyczne odmowy na ponawiane propozycje wydania karty kredytowej. kiedy pytają mnie, dlaczego nie chcę mieć karty kredytowej, odpowiadam, że hołduję idei wydawania tylko tych pieniędzy, które mam, a nie tych, których nie mam i nigdy mieć nie będę. jedna karta kredytowa mi wystarczy, nie muszę mieć siedmiu kont i dziesięciu kart (i kilku tysięcy euro długów...)


tak oto pomądrzyłam się i idę budzić moje szalcheckie dzieci, które śpią do 11.00 J

czwartek, 25 lipca 2013

różnice kulturowe

kilka dni temu kładę się spać z mokrą głową - tak jak to czynię od lat, co prawda ze szwankiem dla porannej fryzury, ale bez konsekwencji w postaci kataru czy przeziębienia, którymi maniek systematycznie straszy dzieci po kąpieli.

józio pakuje się do mojego łóżka. cmik, cmok, mac, mac.
- mamusiu, masz morke włosy.
- tak synku, ja ich nigdy nie suszę, schną same.
- dlaczego ich nie suszysz?
- bo mi się nie chce. zobacz, sa długie, wysuszenie ich suszarką zajmuje co najmniej pół godziny, a ja wieczorem jestem zmęczona i nie mam na to ochoty. do rana wyschną same.
- mamusiu, a dlaczego polki nie suszą włosów?
- ??!!... synuś, nie "polki", tylko "mamusia". to mamusia nie lubi suszyć włosów. inne polki suszą włosy suszarką, jeśli im się akurat chce.

i tu zastanawiam się, czy to aby nie pokłosie częstych ostatnio rozmów przy stole o różnicach kulturowych i kulinarnych, w wyniku czego józio już wie, że tatuś jest portugalczykiem, a mamusia polką, a w ogóle paszportów to mają jeszcze więcej, niżby z tego faktu wynikało...

julek natomiast wie, że czy to od ojca portugalczyka, czy od matki polki, jedzenie zawsze dostanie w obfitości i to w zupełności wystarczy mu do zachowania pogody ducha.

poza tym za wielki sukces poczytuję sobie, iż wczoraj józio nauczył się pisać moje (i swoje) nazwisko, bo musimy uczciwie przyznać, że jest ono trudne, nawet dla dorosłych :-)
nazwisko po ojcu nauczył się pisać już jakiś czas temu, ale co to za filozofia - pięć liter i żadnych dyftongów :-D

wtorek, 23 lipca 2013

do urlopu 4 dni...

odliczam z radością. tym bardziej, że jest to część większego odliczania malejącego, co wobec faktu, iż coraz bardziej nieznoszę mojej pracy, przynosi mi pewną ulgę.

jasna sprawa, że przed urlopem mam jeszcze tyle rzeczy na liście "do odhaczenia", że nie sposób wyjechać z tzw. czystym sumieniem, ale ze względu na moje postępujące zepsucie moralne, objawiające się m.in. ponawianymi odmowami spędzania w pracy 12h na dobę nad idiotycznymi nikomu niepotrzebnymi papierami - wyjadę z lekkim sercem.

wracam w tym tygodniu do pracy o przyzwoitych godzinach i biorę młodych na mały spacerek do sklepu. wczoraj jeździmy wózkiem po hali, józio czyta: "lac-ti-ci-ni-os... mamo, co to jest lacticionios?", "produkty mleczne." "acha. pa-da-ri-a. mamo, to chlebek!", "tak synku", odpowiadam spokojnie, ale puchnę z dumy i uważam, żeby nie unieść się pod sufit hali. dojeżdżamy do kasy, józio dostaje do ręki kartę sklepu, żeby zapłacić, czyta przy kasjerce: "kero cartao cliente numero..." i odczytuje 20-cyfrowy numer karty. kasjerka otwiera buzię ze zdziwienia. na to włacza się julek i odczytuje bezbłędnie wszystkie cyfry z sumy rachunku, wyświetlającej się na ekranie kasy. kasjerka zbiera szczękę z podłogi - "jak to możliwe, że ten mały zna cyfry? jak to możliwe, że ten starszy już umie czytać?!" odpowiadam od niechcenia: "w mojej rodzinie to normalne, że małe dzieci umieją czytać i liczyć."
...ale w środku wiem, że 90% zasługi jest mańka, który od kilku miesięcy intensywnie uczy józia pisać, czytać i liczyć - chyba z zazdrości, jak mu powtórzyłam kilka razy, że ja czytałam i pisałam w wieku lat 4, bo pewnie stwierdził, że jego syn nie będzie gorszy, hihihiih. a julek nauczył się przez przypadek, przy okazji.

wracamy do domu, przeskakujemy śmierdzące kałuże ścieków wypływające z pełnych studzienek, mijamy ulicznego sprzedawcę wtyczek i ładowarek do telefonów, refleksyjnie dłubiącego w nosie, truchtamy zakurzoną ulicą - wracam na ziemię. ostatni odcinek pozwalam józiowi podbiec samodzielnie do naszej bramy, co ten czyni w radosnych podskokach, a sama idę kilkanaście metrów za nim, z julkiem za rękę. pod naszą bramą zaparkował samochód, znajomy ojciec pakuje do fotelika dziecko odebrane ze żłobka naprzeciwko. macham do niego ręką, witamy się z daleka - i słyszę, że za mną jedzie samochód, jedzie szybko - zbyt szybko, jak na wąską jednokierunkową ulicę, na której jest żłobek, a po południu, kiedy rodzice odbierają dzieci, ulica jest pełna maluchów. wołam do józia - "stań przy naszej bramie" - i w tym momencie znajomy tata, widząc, że mam do przejścia jeszcze 15 metrów, a pindzie w dżipie za mną jakoś cholernie się spieszy, złapał józia za ramię. józio zaczął się wyrywać, bo faceta nie zna. zrobiło się zamieszanie. a ta cipa, zamiast się zatrzymać i poczekać spokojnie pół minuty, aż sytuacja wyrywającego się na ulicę dziecka zostanie opanowana, nawet nie zwalnia, tylko zaczyna trąbić. zagotowało się we mnie, bo przez te kilka sekund dziunia prawie zaparkowała mi w dupie, oczywiście hamując z piskiem opon (tutaj w bocznych ulicach raczej nie ma chodników, jedyną opcją jest iść środkiem ulicy, bo po bokach zaparkowane są samochody), więc odwróciłam się przed jej maską i pytam "dokąd się pani tak spieszy?" widząc wyraz absolutnje bezmyślności na okrągłej twarzy, zrezygnowałam z dalszych pytań. wzięłam józia za rękę, podziękowałam znajomemu za szybką reakcję i weszłam z dziećmi do domu.

wieczorem czytamy z józiem kolejny rodział drugiego już tomu przygód pirata rabarbara. potem józio czyta samodzielnie tytuł książki. literuje raz, literuje drugi raz i stwierdza "mamusiu, mam trudności z czytaniem". "nie przejmuj się, synku - mówię - po polsku czyta się trochę inaczej, niż po portugalsku, z czasem będzie ci szło łatwiej." "nie, mamo, mam trudności z czytaniem, bo strasznie chce mi się kupę... możesz pójść ze mną do łazienki?"

a teraz, moi drodzy, zakładam dżinsy i coś, czego nie żal będzie ubrudzić, bo dziś w ramach odhaczania listy przedurlopowych zadań, znowu będę przestawiać zakurzone pudła - przygotowuję dużą przesyłkę.

niedziela, 14 lipca 2013

dziś na poważnie

nie dospałam z piątku na sobotę, bo do 1.30 doczytywałam tochmana "jakbyś kamień jadła".
teraz trawię lekturę, ale jest twarda jak ten kamień i śni mi się po nocach, wraca wielokrotnie w ciągu dnia.

wojna, przesiedlenia i czystki w bośni zaczęły się w 1992r., akurat koniec mojej podstawówki. z tamtego czasu w ogóle nie przypominam sobie nic, oprócz mglistych haseł powtarzających się w mediach, "wojna w b. jugosławii". po reportażu doczytałam trochę w necie i nie opuszcza mnie przerażenie. tym większe, że obecne pod srebrenicą siły pokojowe onz biernie przyglądały się morderstwom, gwałtom, stacjonując płot w płot z magazynami i polami, na których dokonała się masakra. to jak deja vu sceny z "shooting the dogs" - nie wiem, czy bardziej bezsilność, czy obojętność. i ten stary, dobrze znany motyw z podłej historii ludzkości - że wieloletni sąsiedzi obracają się przeciw sąsiadom, kiedy tylko nadarzą się sprzyjajace okoliczności; sąsiedzi, koleżanki z podwórka, koledzy ze szkoły. trawię.

niedziela, 30 czerwca 2013

w szkole jest bardzo wesoło!

nasza gosposia ma od dwóch tygodni kłopoty z nogą - jakaś infekcja, która się rzuciła na żyłę, opuchlizna, ból, cięli jej tę nogę, żeby odprowadzić nagromadzoną wodę, przepisali leki i 28 zastrzyków z penicyliny, słowem - sporo bólu, kłopotu i trudności z chodzeniem. przez dwa dni ją zwolniłam i zozstałam z dziećmi z domu, ale potem musiałam wrócić do pracy, więc nasza conceição przyprowadza od dwóch tygodni swoją starszą córkę, melanię, do pomocy.

melania ma 20 lat, jest sympatyczna, pracowita i nowoczesna - na nodze złota bransoletka, w nosie kolczyk. moi chłopcy są w niej absolutnie zakochani, dają jej buaizki i robią prezenty. jako dziewczę nowoczesne, melania wprowadziła też nowinki techniczne na nasz kuchennty kintal - do tej pory tak fatima, jak i conceição, pracowały przy włączonym radiu, melania zaś przynosi swojego laptopa i puszcza muzykę, a w tle przewijają się slajdy ze zdjęciami rodzinnymi.

to tytułem przydługawego wstępu.

w piątek po południu panie zakończyły już pracę i czekały na męża/ojca, który po nie wieczorem przyjeżdża. z laptopa leci brazylijski gospel, w tle przewijają się zdjęcia.
- cóż to za urocze dziecko? - pytam conceição, kiedy na ekranie pojawia się słodkie niemowlę.
- a nie mówiłam pani, że zostałam babcią? mam 5-miesięczną wnuczkę.
- babcią? a które z pani dzieci ma dziecko?! - pytam , bo pamiętam, że conceição ma najstarszą melanię, potem 16-letniego syna, potem 12-letnią córkę, a potem jeszcze 5-letniego człopczyka.
- a to ten mój 16-letni syn, zrobił dziecko koleżance ze szkoły.
- w szkole jest bardzo wesoło! - wtrąca entuzjastycznie przysłuchujący się naszej rozmowie józio, powtarzając hasło, któreśmy z mańkiem ukuli jako przygotowanie psychiczne józia na pójście do szkoły w przyszłym roku :)
nie wiem, czy puszczę józia do szkoły :P