niedziela, 5 listopada 2017

niemal o północy

- kociu - zwrócił się do mnie mój osobisty konkubent z niepokojem w głosie - zobacz, jaką rodziną się stajemy: ty przy komputerze, ja przy komouterze, jeden syn przy tablecie, drugi przyklejony do telefonu...
- tak - odpowiadam - ale tylko mi za to płacą...

sobota, 21 października 2017

wszyscy dla wszystkich, jak pisał Tuwim

na podwórku i na dachu od tygodnia szleje pan jaś. stanęła jedna równa ściana, czekamy na drugą. podmurówka pod nowy dach nad dobudowanymi pokojami prawie gotowa. czekamy na dobrą pogodę, aby do pana jasia dołączył się drugi fachowiec, ten od kładzenia dachu. za dwa tygodnie, tfu, tfu, powinniśmy mieć stan surowy, a potem już sobie wykończymy sami. albo wykończymy siebie.

a ja? a ja sobie przypominam, jak to jest być studentką, bo wiele lat już upłynęło :)
chodzę na zajęcia, czytam, piszę. fajno jest. tylko w piątki po zajęciach wracam na czworakach i padam.

i pracuję w tzw. międzyczasie - i tu właśnie uniwersytet mi się ostatnio przydał, albowiem dostałam do tłumacznia taki dokument, którego słownictwo mnie w pewnej chwili przerosło, a wujek google i wszystkie dostępne mi słowniki rozłożyły ręce. potoczyłam się zatem do biblioteki i wypożyczyłam dwie istniejące książki w tejże materii - i jedna okazała się przydatna na tyle, że wyszłam z impasu. co prawda spodziewałam się, że na uniwerku z wydziałem budowlanym takich książek znajdę więcej i niekoniecznie z lat 70, ale co ja wiem o zabijaniu. grunt, że słownictwo jest.

tu szeroki uśmiech wdzięczności w stronę koleżanki z kursu, która wczoraj uskuteczniała dzień dobroci dla koci i robiła za mojego przewodnika - pokazała, jak działa biblioteka, jak szukać, jak wypełnić kwitki, jak zamówić, gdzie odebrać, a poza tym biegała po piętrach za moimi książkami, kiedy ja te kwitki wypełniałam.

potem podzieliłyśmy się doświadczeniami matek - te dylematy, czy pojechać w wolny dzień do biblioteki (koszt benzyny, czas stracony w drodze), czy zostać w domu i się pouczyć (a "w międzyczasie" poprasować, ugotować, uprać, wywiesić, poodkurzać, czyli tak naprawdę nie pouczyć się nic). odwieczne dylematy bez odpowiedzi i rozwiązań.

pucu-pucu, chlastu-plastu, niekończące się sprzątanie po niekończącym się remoncie

ot i zagubił mi się post sprzed prawie miesiąca... wiec oto odkopany i siup na bloga:

***
gry i zabawy dla mamy:
1. po kształcie odciśniętym przez gorące żelazko na wyprasowanych spodniach odgadnij, jakiego przedmiotu nie wyciągnęło dziecię z kieszeni przed ciśnięciem gaci do kosza z brudnym praniem.
dla ułatwienia: ludziki z plasteliny przerobiliśmy w przedszkolu.

2. czy pendrive wyprany w 40 stopniach w godzinnym programie wciąż będzie działał? (odpowiedź: tak)

***

dziś w nocy przylatuje teściowa. gdyby to była moja była teściowa, powiedziałabym wam, że na miotle - ale obecna nie posługuje się na co dzień takimi akcesoriami, więc przybywa tradycyjnie tanimi liniami lotniczymi. dom z grubsza ogarnięty, choć kartonów góra do przejrzenia się jeszcze piętrzy. dziury w ścianach zalepione, gips schnie, z malowaniem nie zdążymy - ale dziur nie ma,to niezbity fakt. firany wyprane, podłogi zmyte siódmy raz. na pewno widać sporo zmian od ostatniej wizyty. no właśnie - w przypadku obecnej teściowej to są wizyty, a nie wizytacje :D

tylko konkubent pokiwał głową nad moją górką rzeczy do uprasowania i stwierdził: no, na to to już musi przyjechać twoja mama... (bo moja mama przylatuje co najmniej 2x w roku, gotuje gąłabki i gulasze, pierogi i rosołek, i piecze drożdżówkę, a w miedzyczasie prasuje wszystko, co mi tu zalega miesiącami w magicznym koszu...)

czwartek, 7 września 2017

muchy już się nasrały, idzie jesień

temat muszego srania chwilowo odkładam na półkę, gdyż dziś ostatni raz poszłam do pracy w sklepie. a w domu jakoś muchy nie mają czasu ani spokoju, żeby się posrać, bo ani dzieci, ani koty, ani konkubent latający z łapką im nie daje.

zaczynamy nowy rozdział, o czym za chwilę. w przeciwieństwie do mojej przedostatniej pracy, pożegnanie z tym etapem zawodowym nie zakończyło się oczyszczającym zasmarkano-histerycznym płaczem w samochodzie w drodze do domu - gdyż ostatnia szefowa, w przeciwieństwie do przedostatniego szefa, nie nastręczyła mi traum, nie zalegała w wynagrodzeniem, a wręcz przeciwnie: uraczyła słoiczkiem domowej marmelady, reklamówką dojrzałych fig oraz sprzedała szkolne matriały dla młodych w promocyjnej cenie. bardzo zacny z niej człowiek, niech to zostanie zapisane złotymi zgłoskami, i ogromnie ją polubiłam. oraz mieszkamy na jednej ulicy i widzimy się niemal codziennie.

a nowy etap polega na tym, że kocia wraca do szkoły od września, albowiem dostała się na studia doktoranckie ta, o której mówiono, że nie ma matury, hehehe. kto mówiono, łatwo się domyśleć. nie uruchomiono co prawda w tym roku tego kierunku, ktory sobie pierwotnie wymarzyłam, bo zbyt mało znalazło się chętnych (a konkretnie, jeden chętny się znalazł - ja), ale było do wyboru co innego, równie interesującego i twórczego. zabieramy się zatem do pracy, a wy trzymajcie kciuki.


sobota, 29 lipca 2017

stuk-puk - kukułeczka? nie, młot pneumatyczny

przyznam, że nadal mnie fascynuje kwestia muszego srania. pierwszy raz w życiu spotykam się z takim nasileniem procederu, a także z taką różnorodnością wzorów i lokaliazcji - nie wychodzę ze zdziwienia, natomiast wychodzę ze skóry, żeby dotrzeć mopem albo ścierką do tych wszystkich zakamarków.

***

lato w pełni. niektórzy się plażingują, inni wyjeżdżają w egzotyczne miejsca, ja natomiast w zaciszu naszej wiejskiej siedziby gonię konkubenta do remontu. d. mało entuzjastycznie, acz wyjścia nie ma, zakupił dziś śruby i wsporniki, w poniedziałek zaczyna montować pod schodami szafę wnękową, którą sobie w przypływie natchnienia wyrysowałam szkolnym ołówkiem dziecięcia na odwrocie czardasza. do szafy wnękowej przeniosę pościel, odziedż zimową i walizki z obecnej szafy wnękowej. obecna szafa wnękowa planowo zamieni się we wnękę muzyczną, gdyż albowiem mieści się do niej spokojnie pianino, a i szczypeczki sztuk 4 też zawisną na swoich haczykach, zaś część zachowanych półek posłuży na nuty, których cztery pudła zalegają w zapasowej sypialni (obok pianina). ma to również i tę zaletę, że w przypadku zbyt rozbrykanych i/lub nieletnich gości, można wnękę/szafę zamknąć na klucz (a klucz połknąć), z korzyścią dla pianina, skrzypiec i moich nerw. można również zamknąć we wnęce rozbrykanych gości, a z kluczem postąpić jak powyżej.

niestety, do szafy d. może zabrać się dopiero po południu, gdyż rankiem obiecał pomóc sąsiadowi  czyścić studnię. jest straszna susza, studnie się zamulają, schną ogrody. trzeba pomóc, bo sąsiad przynosi nam fantastyczne pomidory hodowane bez chemii, a te bez wody padają jak muchy. czy coś. zakupiliśmy dziś d. na tę okazję nowiutkie firmowe gumiaki dunlopa (chociaż pani w narzędziowym twierdziła, że na ludzi nie produkują obuwia w takich rozmiarach), bo sąsiad twierdzi, że można się natknąć na żmije. takie żmije:  Malpolon monspessulanus.

źródło: https://www.google.pt/search?q=cobra+rateira+em+portugal&ie=UTF-8&oe=UTF-8&hl=en-pt&client=safari#imgrc=wXfm_CLyLzcrTM:

podobno żmija miesiąca w maju 2013. podobno niejadowita, ale jej ugryzienie jest bolesne. robi się niebezpiecznie jak w indiana jones - adrenalina rośnie, nowe gumiaki błyszczą w przedpokoju.

a, no i wracając do remontu. jak już dokonane zostaną zmiany szafowe i zwolni się częściowo zapasowa sypialnia, to przenosimy do niej właśnie młodych, bo jest większa, niż ich dotychczasowy pokój, ergo, więcej miejsca będą miały dzieciny do zagracenia. przed przeniesieniem jednakowoż d. musi jeszcze ten pokój odmalować (a jak już będzie latał z wałkiem, to co mu szkodzi, i naszą sypialnię mógłby maznąć, bo mnie aktualna zieleń nieszczególnie uspokaja, hyhyhy).

a jak już dzieciny będą w nowym pokoju, to zwalnia się docelowy pokoik gościnny i misterny plan, etap pierwszy, dopina się na ostatni guzik.

a wszystko to nie dlatego, że ciebie kocham, tylko dlatego, że żyję na tym świecie nie od wczoraj i nie od wczoraj się rozwodzę z prawie byłym mężem, a coś mi wewnętrznie mówi, że już dawno nie nasłał na nas inspekcji miejscowego zus-u, a konkretnie działu współpracującego z sądami i zajmującego się ochroną nieletnich. miałam takich inspekcji 3 (słownie: trzy) w przeciągu 2 lat, więc wiem, o czym mówię.

ostatnia pani z zusu była przesympatyczna i chętnie ugoszczę ją na herbatce ponownie. w tej mojej melinie, wiecie, gdzie szczury srają na podłogę w kuchni, a dzieci śpią w ciemnym pokoju na jednym ciasnym łóżku. oraz na kolację dostają najczęściej suchary z nutellą. koniec cytatu. a cytat z procesu sądowego ;)

no więc, kochani, remonty wewnątrz domu zaplanowane na ten rok muszą się zakończyć przed końcem wakacji sądowych, bo potem można się już spodziewać wyznaczenia terminu inspekcji, hehe. natomiast remont podwórka (skuwanie betonu i drenaż wody) trwa i mam nadzieję do końca roku będę miała mój upragniony ogródek zamiast zabetonowanego patio przykrytego blachą falistą.

więc widać chyba bezspornie, że życie toczy się dalej :D





wtorek, 30 maja 2017

burek nadal poszukiwany

dziś słuchałam kolejnych opowieści - o przedwczesnych wdowach, o umierających dzieciach, o wypadkach. czasem wydaje się, jakby wszystkie kataklizmy i nieszczęścia skoncentrowały się na tych paru kilometrach kwadratowych wioski nad rzeką. ale nie, myślę, że to nie fatum - to bieda. bo to zawaliła się studnia kopana samodzielnie przez męża, który nie miał pieniędzy na wynajęcie ekipy, a żony w tym czasie w domu nie było, nie mogła mu pomóc, bo pracowała na trzy etaty; bo to ciężarówka zmiotła z drogi matkę, która późnym wieczorem wracała z pola na piechotę brzegiem wąskiej drogi; bo to syn zginął na budowie, kiedy przewrócił się na niego dźwig; a to dzieciak zmarł od komplikacji po prostej operacji...

ech, tak to. kobitki opowiadają historie sprzed dziesięcioleci, historie niezagojone do dzisiaj, i płaczą. a życie płynie dalej.

po wiosce pałęta się ogromny, stary, spokojny, na wpół wyleniały pies. trasę jego codziennego przemarszu znaczą kleszcze, które opite krwią odpadają, by potem szukać kolejnego żywiciela. ale nie, żeby tak wszystkie na raz - na burku zawsze widać dyżurne 50 kleszczy, które ten jakby od niechcenia i z lekką rezygnacją podgryza co jakiś czas. ktoś daje mu jeść, ktoś daje pić, burek jest łagodny i nikomu nie wadzi. tylko te kleszcze. jedna kobitka zadzwoniła więc do schroniska, żeby wzięli burka na emeryturę, odrobaczyli, odpchlili, odkleszczyli i zaczipowali. od tygodnia panowie ze schroniska przyjeżdżają codziennie, przywożą na zanęte świeże mięsko od rzeźnika - a burek jakby natchniony, przychodzi do sklepu się ze mną przywitać, a potem znika pięć minut przed ich przyjazdem. panowie objeżdżają wioskę, pytają - burek znika jak kamfora. w zeszłą niedzielę na ogłoszeniach parafialnych wywołali burka z imienia - kto by wiedział, gdzież to podziewa się poszukiwany burek, proszony jest o kontakt z ...

ja tam myślę, że burek woli doczekać końca swoich dni na wolności, nawet jeśli oznacza to towarzystwo 50 kleszczy.

moi dwaj dzielni synowie w ferworze zabawy pokłócili się strasznie i potłukli. normalka. wysłuchałam wersji obu stron i dałam im do wyboru: 20 minut w kącie albo prace dowowe. woleli prace, patrzcie państwo! młodszy pozmywał naczynia, starszy podlał ogórd. widzę światełko w tunelu :)

czwartek, 18 maja 2017

tupu tup, znowu zbliża się koniec roku szkolnego

już ze dwieście lat nic nie pisaliśmy, więc oto kilka mądrych, głebokich myśli do kolacji (hahaha)

stan liczbowy nam się nie zmienił: dzieci sztuk dwie, kotów sztuk cztery. pracujemy (my, król) tam, gdzie pracowaliśmy: troszkę przez internet, troszkę w wioskowym sklepiku, czyli wioskowym centrum informacji tak aktualnych (kto, komu, z kim, dlaczego), jak i archiwalnych (kto, komu, z kim już nie i dlaczego już nie). 

dwa razy w tygodniu zmywam mandale pracowicie wysrane przez muchy na kafelkach posadzki, tudzież układam wystawy. słucham wyznań. ostatnio jedna babcia opowiadała mi szczegółowo, jak zgubiła sztuczną szczękę przy drzewku figowym. bo ona lubi figi. ale w sztucznej szczęce nie smakują jej tak dobrze, więc wyjęła i trzymała w ręku, razem z workiem po ziemniakach. a jak wróciła do domu, to worek w ręku był, a szczęka nie. więc wróciła pod drzewko figowe, a z nią jej wierny piesek i sąsiad, który zaoferował pomoc w poszukiwaniach. teoria jest taka, że piesek jej szczękę zakopał. słuchałam w napięciu. 

inna opowieść o tym, jak zazdrosne sąsiadki nasyłają na jedną staruszkę złe duchy. ale ona ma swoje sposoby, więc jej krzywdy złe duchy nie zrobią, za to duszą jej kurczaki. albo topią. prosiła proboszcza, żeby odprawił w kurniku egzorcyzm, ale proboszcz się tylko zdenerwował. biedny chłopak - na co dzień morze cierpliwości, ale i ona ma swoje granice. 

jest też jedna babcia, która twierdzi, że ma talenty znachorskie oraz potwierdzoną skuteczność w zamawianiu mleka ścinającego się w wymionach, trudno gojących się owrzodzeń na plecach oraz nadżerek na dziąsłach. jej zaklęcia działają na odległość, ale można też krowę przyprowadzić do wglądu. 

trochę szkoda, że ten folklor powoli ginie. z drugiej strony, słyszałam też opowieści, po których trudno spokojnie spać. "wiesz, kociu, że ja i wójt tej drugiej wioski w zasadzie jesteśmy spokrewnieni? tak, kochana. jego stryjeczny dziadek przez wiele lat gwałcił moją babcię. narodziło się z tego czworo dzieci, w tym mój ojciec. wszyscy o tym wiedzieli w wiosce, wiedziała żona tego człowieka. nikt mojej babci nie pomógł, wszyscy się go bali, bo taki był wyrywny - a moja babcia żyła w hańbie i ubóstwie samotnej matki."

więc może to i dobrze, że pewien folklor zanika. 

dzieci moje mają się dobrze, józiński kończy rok szkolny z dobrymi ocenami, julek kończy przedszkole i od września do pierwszej klasy. józio zdał do szkoły muzycznej i od września zaczyna pobierać nauki w klasie perkusji (ło matko jedyna, co mnie podkusiło wpisać go na egzamin z perkusji...). na stanie jedna złamana kość dłoni, szwy na łbie sztuk raz, okulary dla dalekowidza, rok psychoterapii z pozytywnym wynikiem dla obu, zdrowe zęby i ominęły nas wszy w tym roku! alleluja!