mój józik, syn pierworodny, cara chapada da mamã (w wolnym tłumaczeniu: skóra zdjęta z matki), ujawnia kolejne podobieństwa do matki, co go zrodziła i dojnym cycem wykarmiła.
ostatnio ujawnione to swoiste roztrzepanie, mimo chęci i świadomie wzmacnianych skłonności do minimalanej organizacji przestrzeni i dobytku. w zeszły piątek józiowi "zapomniało się" kurtki - a na weekend zapowiadano huragany, ulewy, burze z piorunami. prognoza spełniła się w stu procentach, a ja kombinowałam, w jakie nieprzemakalne giezłeczko odziać syna, aby gil a nosa nie przekroczył krytycznej długości (znaczy, do pasa).
józio objechany przez matkę obiecał poprawę. w poniedziałek, gdy odbierałam go z treningu piłki nożnej, bezrękawnik miał, zapomniał już tylko czapki...
dziś rano pakuję mu śniadaniówkę do tornistra i cóż konstatuję? brak piórnika :) pewnie "się zapomniało" na świetlicy i dziś się odnajdzie.
to wszystko prowadzi do jedynego słusznego wniosku: po jakiego grzyba kupować dziecku supermarkowe ciuchy i drogie gadżety w postaci siedmiokomorowego piórnika z napędem atomowym, skoro dzieciak tak mało zwraca na to uwagę, że mi rozsiewa fanty po wiosce? w tym sensie bardzo mnie cieszy józiowe nieprzywiązanie do rzeczy materialnych, choć oczywiście wolałabym, żeby nie gubił części garderoby.
ale ja tu na dziecko donoszę, a miało być o podobieństwach. otóż mnie się udało wczoraj zacząć dzień od zatrzaśnięcia kluczy w mieszkaniu. i nie było to byle jakie zatrzaśnięcie: jeden klucz jest przypięty do kluczyków samochodowych, więc miałam go w kieszeni; drugi klucz zostawiłam w drzwiach, wewnątrz, więc nie mogłam użyć klucza, który miałam przy sobie - zamek się przyblokował.
odwiozłam młodych do szkoły, pojechałam do pracy z ciężkim sercem, że muszę teraz do śluszarza czy coś, zamieszanie, koszty... a tu pod bramą spotykam mojego szefa - poskarżyłam się na własną głupotę, a ten zaśmiał się i wręczył mi swoje zdjęcie rtg, które zapewne z myślą o takich nagłych przypadkach wozi w samochodzie. "idź, dziecko, włam się - wiesz jak?" - wiedziałam co prawda tylko z opisów osób, którym obrabowano mieszkania, ale zadziałało bez pudła. poczułam się jak młodociany przestępca (znaczy, lat mi ubyło) i wróciłam do pracy już w lepszym humorze.
od wczoraj jest słońce i będzie jeszcze przez dwa dni - ja oraz reszta wioski wykorzystujemy sprzyjającą aurę i pierzemy wszystko jak popadnie. szum wirówek miesza się z ćwierkaniem ptaszków i meczeniem krów. przymulone jesienne muchy przysiadają od niechcenia na kolorowych ręcznikach. na sznurkach rozwieszonych nad ulicami powiewają kalesony.
z dialogów pracowniczych z moim szefem:
szef zapowiedział, że będzie dostawa nowych naklejek z logo firmy. kilka dni później idzie korytarzem z jedną taka naklejką w ręku i mówi do mnie: masz, kociu, naklej sobie na czole, bo masz wąskie.
na co kocia, niewiele myśląc, odpowiedziała: naklej sobie szefie sam, najlepiej na dupie, bo masz szeroką.
szef ryknął śmiechem, bo takiej mniej więcej odpowiedzi się spodziewał, ale obecne przy tej kulturalnej wymianie zdań koleżanki były wyraźnie skonfundowane.
środa, 14 października 2015
wtorek, 18 sierpnia 2015
pracuje się!
od wczoraj oficjalnie koniec rocznego bezrobocia.
zajechaliśmy w niedzielę wieczorem do wsi, samochodem obładowanym po dziurki w dachu (jakie dziurki?? 10 lat gwarancji na korozję, tfu, na psa urok!), a ładunek składał się jedynie z absolutnie niezbędnych rzeczy, bo to taka nasza tradycyjna przeprowadzka na pełnej improwizacji. reszta rzeczy kiedyśtam dojedzie furgonetką, jak umówię furgonetkę i popakuję resztę kartonów.
dzieci zostawiłam babce i pognałam na wieś, szukać otwartego spożywczego w celu zakupu mleka i jajek. w niedzielę normalnie wszystko jest otwarte, ale nie wzięłam pod uwagę, że 15 było święto, w miejscowej tradycji w wersji matka boska lodowcowa. drzwi spożywczego zamknięte na głucho, a na placyku opodal niedobitki festynu. z głośników w knajpce leci muzyka taneczna w rytmie nieskomplikowanym i o takiej treści, pod zieloną plandeką długi stół, przy nim kilku obuwateli i tyleż obywatelek popija piwo i spożywa grilla naszego powszedniego; w pobliskich krzakach szcza nieskrępowanie obywatel; przy latarni ulicznej stoi owca - pewnie na koniec grillowania odprowadzi go do domu.
ech, pomyślałam, od razu człowiek czuje się jak w domu!
zajechaliśmy w niedzielę wieczorem do wsi, samochodem obładowanym po dziurki w dachu (jakie dziurki?? 10 lat gwarancji na korozję, tfu, na psa urok!), a ładunek składał się jedynie z absolutnie niezbędnych rzeczy, bo to taka nasza tradycyjna przeprowadzka na pełnej improwizacji. reszta rzeczy kiedyśtam dojedzie furgonetką, jak umówię furgonetkę i popakuję resztę kartonów.
dzieci zostawiłam babce i pognałam na wieś, szukać otwartego spożywczego w celu zakupu mleka i jajek. w niedzielę normalnie wszystko jest otwarte, ale nie wzięłam pod uwagę, że 15 było święto, w miejscowej tradycji w wersji matka boska lodowcowa. drzwi spożywczego zamknięte na głucho, a na placyku opodal niedobitki festynu. z głośników w knajpce leci muzyka taneczna w rytmie nieskomplikowanym i o takiej treści, pod zieloną plandeką długi stół, przy nim kilku obuwateli i tyleż obywatelek popija piwo i spożywa grilla naszego powszedniego; w pobliskich krzakach szcza nieskrępowanie obywatel; przy latarni ulicznej stoi owca - pewnie na koniec grillowania odprowadzi go do domu.
ech, pomyślałam, od razu człowiek czuje się jak w domu!
wtorek, 4 sierpnia 2015
my tu gadu-gadu...
...a ue po cichu nałożyła na mnie obowiązek informowania moich czytelników, iż używam plików cookies. a ja używam? jak używam, to nie wiedziałam, bardzo państwa przepraszam.
po drodze przeszły jak huragam szóste urodziny józia i czwarte urodziny julka. syneczki rosną jak na chemicznym spulchniaczu i gumie arabskiej razem wziętych. tłuką się, bawią wspólnie, znowu tłuką, ciągają za krótkie fryzurki i żyć bez siebie nie mogą. kiedy w skupieniu oglądają bajkę, niepostrzeżenie i jakby nigdy nic opierają się o siebie nawzajem ramionkami i grzeją jak wilczki w jamie. jeśli zasną w jednym łóżku, to opleceni nawzajem nogami.
pozorną sielankę przerywa nam szara rzeczywistość, przypominając bezlitośnie, że do końca wszystkich procesów jeszcze sporo czasu upłynie, a traumy zamiecione pod dywan nie znikają - wciąż się o nie potykamy. eksperymentalny sygnał zła wysyłany stale z drugiej strony już mnie nie zaskakuje, choć wciąż przyglądam się temu przedstawieniu ze zdziwieniem: to nieprawdopodobne - a jednak. a jednak można być tak bezrefleksyjnie zaciętym w złości, można w głupocie i arogancji niszczyć wszystko, co piękne - poczynając od własnych dzieci. można, chcąc odegrać się na matce, walić na oślep w dzieci... i całe szczęście, że mamy wokół tylu wspaniałych ludzi, którzy chcą pomóc i pomagają.
po drodze przeszły jak huragam szóste urodziny józia i czwarte urodziny julka. syneczki rosną jak na chemicznym spulchniaczu i gumie arabskiej razem wziętych. tłuką się, bawią wspólnie, znowu tłuką, ciągają za krótkie fryzurki i żyć bez siebie nie mogą. kiedy w skupieniu oglądają bajkę, niepostrzeżenie i jakby nigdy nic opierają się o siebie nawzajem ramionkami i grzeją jak wilczki w jamie. jeśli zasną w jednym łóżku, to opleceni nawzajem nogami.
pozorną sielankę przerywa nam szara rzeczywistość, przypominając bezlitośnie, że do końca wszystkich procesów jeszcze sporo czasu upłynie, a traumy zamiecione pod dywan nie znikają - wciąż się o nie potykamy. eksperymentalny sygnał zła wysyłany stale z drugiej strony już mnie nie zaskakuje, choć wciąż przyglądam się temu przedstawieniu ze zdziwieniem: to nieprawdopodobne - a jednak. a jednak można być tak bezrefleksyjnie zaciętym w złości, można w głupocie i arogancji niszczyć wszystko, co piękne - poczynając od własnych dzieci. można, chcąc odegrać się na matce, walić na oślep w dzieci... i całe szczęście, że mamy wokół tylu wspaniałych ludzi, którzy chcą pomóc i pomagają.
poniedziałek, 15 czerwca 2015
za krótkie te wakacje...
ghandzioszek przyleciał do nas na krótkie sześć dni, sześć dni zdecydowanie za krótkie, żeby się ghandzioszkiem uczciwie nacieszyć. dziś odwieźliśmy go na lotnisko i jesteśmy nieutuleni w żalu.
młodzi zostali odmoczeni, zaraz posadzę ich do kolacji, a potem zagonię do wyrek, jako że jutro idą do przedszkola, a matka do pracy. wszyscy troje musimy zatem wcześnie wstać i zaprezentować się w odpowiednich instytucjach w stanie przyzwoitym (nie w piżamach).
zagęszczenie pozwów ostatnimi czasy odbiera mi znowu spokojny sen, ale wierzę, że jużeśmy za półmetkiem i jeszcze tochę, a wszystko zacznie się wyjaśniać i układać. w międzyczasie odpowiadam na kłamliwe, a chwilami wręcz kretyńskie zarzuty, i zbieram się psychicznie do kupy na rozprawę rozwodową, która pewnie nie prędzej niż we wrześniu, bo już wkrótce zaczynają się półtoramiesięczne wakacje sądowe. oby to były spokojne wakacje również dla nas.
młodzi zostali odmoczeni, zaraz posadzę ich do kolacji, a potem zagonię do wyrek, jako że jutro idą do przedszkola, a matka do pracy. wszyscy troje musimy zatem wcześnie wstać i zaprezentować się w odpowiednich instytucjach w stanie przyzwoitym (nie w piżamach).
zagęszczenie pozwów ostatnimi czasy odbiera mi znowu spokojny sen, ale wierzę, że jużeśmy za półmetkiem i jeszcze tochę, a wszystko zacznie się wyjaśniać i układać. w międzyczasie odpowiadam na kłamliwe, a chwilami wręcz kretyńskie zarzuty, i zbieram się psychicznie do kupy na rozprawę rozwodową, która pewnie nie prędzej niż we wrześniu, bo już wkrótce zaczynają się półtoramiesięczne wakacje sądowe. oby to były spokojne wakacje również dla nas.
poniedziałek, 4 maja 2015
czekając na lodówkę
młodzi zbudzeni dziś o podłej godzinie, z trudem zwlekli się z łóżek, przy czym józio niechętnie, lecz karnie, a julek - zupełnie wyjątkowo bez ryku. do czasu. gdyż albowiem po śniadaniu trzeba sie było ubrać, w tym - wdziać znienawidzony przez julka fartuszek przedszkolny.
zazwyczaj fartuszek wdziewamy mimochodem, jakby nigdy nic, w ostatniej sekundzie przed wejściem do sali. za brak fartuszka nie przewidziano sankcji, tylko matka ma więcej roboty, w tym farbki, plastelinę, glinę i klej roślinny, pracowicie wydłubywane i zeskrobywane nocami z dresików.
dziś jednak nakazałam młodym przywdziać fartuszki z wyprzedzeniem, ponieważ od dziś są do przedszkola odprowadzani i odbierani zeń przez mamę jednej z dziewczynek z grupy julka. ja od jutra powinnam zacząć pracę i nie dam rady się rozdwoić. żeby już nie dokładać kobiecinie roboty, odstawiam dzieci po śniadaniu, przygotowane, umundurowane, zwarte i gotowe.
julek wpadł w ryk, bo fartuszka założyć nie chce, a ja się uparłam. on na mnie nawrzeszczał, ja na niego nawrzeszczałam, a i tak musiało stanąć na moim: dziecko zapakowane do fotelika i przypięte, choć drące się wniebogłosy, matka wściekła, józio zdyscyplinowany i cichutki. po pięciu minutach julek jakby ucichł, po czym zaczął nas zagadywać, a wreszcie zapytał jakby nigdy nic, czy on też mógły dostać tego cukierka na gardło, co go józio dostał. no, mógłby. kryzys zażegnany, rozstaliśmy się przed domem koleżanki w uściskach i całusach.
siedzę teraz w naszym nowym mieszkaniu, pozamiatałam, zmyłam posadzki i oczekuję na liczny sprzęt agd, który ma dziś zostać dostarczony. kierowca już nawet do mnie zadzwonił z pytaniem, gdzie właściwie jest taka ulica, bo żaden gps jej nie widzi. taki tajny adres sobie znalazłam, panie dzieju! bo to trzeba wejść w ślepą uliczkę, stanąć przed murem, powiedzieć tajemne hasło, a następnie nacisnąć czwartą cegłę od prawej i otwiera się sekretne przejście do świata koci :)
po odbiorze sprzętu lista moich zadań na dziś jest jeszcze długa i upierdliwa, i zawiera m.in. zapisania siebie i dzieci do przychodni, a następnie umówienie józia na dziś do lekarza, bo ucho jednak nadal boli i obawiam się, że nas czeka kolejny antybiotyk. mam szereg wątpliwości co do tego zapisywania do przychodni. zawsze czekamy bardzo, baaardzo długo na przyjęcie i nie mam pojęcia, czy przysługują nam wizyty domowe np. pediatry - bo to jest mi najbardziej potrzebne. nic to, dziś temat obadamy.
tymczasem prześladuje mnie dziwne, nieprzyjemne uczucie, że mi coś znowu umyka, że o czymś zapomniałam, że coś jest nie tak. bardzo to denerwujące, gdy w środku nocy budzi nas niepokój. oby szybko przeszło.
zazwyczaj fartuszek wdziewamy mimochodem, jakby nigdy nic, w ostatniej sekundzie przed wejściem do sali. za brak fartuszka nie przewidziano sankcji, tylko matka ma więcej roboty, w tym farbki, plastelinę, glinę i klej roślinny, pracowicie wydłubywane i zeskrobywane nocami z dresików.
dziś jednak nakazałam młodym przywdziać fartuszki z wyprzedzeniem, ponieważ od dziś są do przedszkola odprowadzani i odbierani zeń przez mamę jednej z dziewczynek z grupy julka. ja od jutra powinnam zacząć pracę i nie dam rady się rozdwoić. żeby już nie dokładać kobiecinie roboty, odstawiam dzieci po śniadaniu, przygotowane, umundurowane, zwarte i gotowe.
julek wpadł w ryk, bo fartuszka założyć nie chce, a ja się uparłam. on na mnie nawrzeszczał, ja na niego nawrzeszczałam, a i tak musiało stanąć na moim: dziecko zapakowane do fotelika i przypięte, choć drące się wniebogłosy, matka wściekła, józio zdyscyplinowany i cichutki. po pięciu minutach julek jakby ucichł, po czym zaczął nas zagadywać, a wreszcie zapytał jakby nigdy nic, czy on też mógły dostać tego cukierka na gardło, co go józio dostał. no, mógłby. kryzys zażegnany, rozstaliśmy się przed domem koleżanki w uściskach i całusach.
siedzę teraz w naszym nowym mieszkaniu, pozamiatałam, zmyłam posadzki i oczekuję na liczny sprzęt agd, który ma dziś zostać dostarczony. kierowca już nawet do mnie zadzwonił z pytaniem, gdzie właściwie jest taka ulica, bo żaden gps jej nie widzi. taki tajny adres sobie znalazłam, panie dzieju! bo to trzeba wejść w ślepą uliczkę, stanąć przed murem, powiedzieć tajemne hasło, a następnie nacisnąć czwartą cegłę od prawej i otwiera się sekretne przejście do świata koci :)
po odbiorze sprzętu lista moich zadań na dziś jest jeszcze długa i upierdliwa, i zawiera m.in. zapisania siebie i dzieci do przychodni, a następnie umówienie józia na dziś do lekarza, bo ucho jednak nadal boli i obawiam się, że nas czeka kolejny antybiotyk. mam szereg wątpliwości co do tego zapisywania do przychodni. zawsze czekamy bardzo, baaardzo długo na przyjęcie i nie mam pojęcia, czy przysługują nam wizyty domowe np. pediatry - bo to jest mi najbardziej potrzebne. nic to, dziś temat obadamy.
tymczasem prześladuje mnie dziwne, nieprzyjemne uczucie, że mi coś znowu umyka, że o czymś zapomniałam, że coś jest nie tak. bardzo to denerwujące, gdy w środku nocy budzi nas niepokój. oby szybko przeszło.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
wielkanoc, nowe początki
w wielką sobotę tradycyjnie poświęciliśmy jajka, zlokalizowawszy uprzednio miejsce spotkań lokalnej polonii. w niedzielę wielkanocną pojechaliśmy do naszego starego kościoła, bo nowego jeszcze nie pochytałam, a poza tym w starym miejscu starzy znajomi, których trzeba było uściskać i życzyć wesołego alleluja.
a dziś - wyspaliśmy się do imentu, upiekliśmy ciasto bananowe, wysłaliśmy (no, to już tylko ja, dzieci w tym czasie uczciwie oglądały bajki) odpowiedź na kilka ogłoszeń o pracę i na koniec dnia dopieliliśmy do końca naszą grządkę i posialiśmy pietruszkę, seler, koperek, szczypiorek i bazylię - obok zasadzonych wcześniej mięty zwykłej i czekoladowej oraz samotnego krzaczka truskawek, który objadamy systematycznie.
odkrycie roku: julek uwielbia sałatkę śmietnikową. dla mnie jest to o tyle zaskoczenie, że julek niecierpi zielonego groszku i z każdego innego dania każe mi go mozolnie wydłubywać. a tu proszę, sałatkę wcina łyżkami! józio mniej chętnie - spróbował, ale tylko się skrzywił, więc nie zmuszałam - zobaczymy za jakiś czas, czy mu się odmieni.
akurat gdy wyjmowałam gorące ciasto z pieca, a zapach bananów i czekolady rozchodził się po ulicy, wpadła trzyosobowa delegacja z ekipy technicznej. mają obowiązek sprawdzać co jakiś czas, czy dom jeszcze stoi i czy wszystko jest w porządku. zjedli po kawałku ciasta i stwierdzili, że właściwie to bardzo im się moje samodzielne gospodarowanie podoba i skoro tutaj się tak pichci, to będą wpadać częściej. widziałam też, że zauważyli nasze porządki w ogródku i skomentowali między sobą pozytywnie.
jutro koniec ferii wielkanocnych i trzeba wtsać wcześnie, żeby dotrzeć do przedszkola, więc zaraz zagonię młodych do kąpania i do kolacji. koniec laby, wraca kierat - który zresztą dzieci znoszą bardzo dobrze. ja za to odetchnę, bo kiedy młodzi zajęci w placówce edukacyjnej, matka może zająć się innymi pożytecznymi sprawami.
a dziś - wyspaliśmy się do imentu, upiekliśmy ciasto bananowe, wysłaliśmy (no, to już tylko ja, dzieci w tym czasie uczciwie oglądały bajki) odpowiedź na kilka ogłoszeń o pracę i na koniec dnia dopieliliśmy do końca naszą grządkę i posialiśmy pietruszkę, seler, koperek, szczypiorek i bazylię - obok zasadzonych wcześniej mięty zwykłej i czekoladowej oraz samotnego krzaczka truskawek, który objadamy systematycznie.
odkrycie roku: julek uwielbia sałatkę śmietnikową. dla mnie jest to o tyle zaskoczenie, że julek niecierpi zielonego groszku i z każdego innego dania każe mi go mozolnie wydłubywać. a tu proszę, sałatkę wcina łyżkami! józio mniej chętnie - spróbował, ale tylko się skrzywił, więc nie zmuszałam - zobaczymy za jakiś czas, czy mu się odmieni.
akurat gdy wyjmowałam gorące ciasto z pieca, a zapach bananów i czekolady rozchodził się po ulicy, wpadła trzyosobowa delegacja z ekipy technicznej. mają obowiązek sprawdzać co jakiś czas, czy dom jeszcze stoi i czy wszystko jest w porządku. zjedli po kawałku ciasta i stwierdzili, że właściwie to bardzo im się moje samodzielne gospodarowanie podoba i skoro tutaj się tak pichci, to będą wpadać częściej. widziałam też, że zauważyli nasze porządki w ogródku i skomentowali między sobą pozytywnie.
jutro koniec ferii wielkanocnych i trzeba wtsać wcześnie, żeby dotrzeć do przedszkola, więc zaraz zagonię młodych do kąpania i do kolacji. koniec laby, wraca kierat - który zresztą dzieci znoszą bardzo dobrze. ja za to odetchnę, bo kiedy młodzi zajęci w placówce edukacyjnej, matka może zająć się innymi pożytecznymi sprawami.
sobota, 14 marca 2015
mamusiu, ja już wspaniale mówię po polsku!
...stwierdził dziś z dumą józek i na dowód sypał przez cały dzień cytatami z "Mulan". siedzimy przy kolacji, józek nadziewa na widelec parówkę i skrzeczy:
- za chuda. niedobra do rodzenia synów.
kiedy zagoniłam go pod prysznic, poprosił:
- mamusiu, umyj mi włosy. chcę wyglądac jak mężczyzna, ale nie muszę śmierdzieć jak oni.
julek zapatrzony starszego brata też zachowuje konwencję, więc kiedy wieczorem dałam im syrop na kaszel, skomentował:
- tfu! smak padliny...
wobec takiego entuzjazmu w temacie cytatów może zacznę im czytać pana tadeusza? bo konopnicką marię już czytujemy do poduszki (pimpuś sadełko, rzecz jasna). czytujemy też jachowicza, którego cenię za morały bez klapsów, ciągania za ucho, bicia po łapach itp. na "czarodziejską różdżkę" (nie pomyliłam aby tytułu?) jeszcze czas przyjdzie, bo przecież wiadomo, że kto nie je zupy, ten umrzeć musi, a klasykę trzeba znać.
- za chuda. niedobra do rodzenia synów.
kiedy zagoniłam go pod prysznic, poprosił:
- mamusiu, umyj mi włosy. chcę wyglądac jak mężczyzna, ale nie muszę śmierdzieć jak oni.
julek zapatrzony starszego brata też zachowuje konwencję, więc kiedy wieczorem dałam im syrop na kaszel, skomentował:
- tfu! smak padliny...
wobec takiego entuzjazmu w temacie cytatów może zacznę im czytać pana tadeusza? bo konopnicką marię już czytujemy do poduszki (pimpuś sadełko, rzecz jasna). czytujemy też jachowicza, którego cenię za morały bez klapsów, ciągania za ucho, bicia po łapach itp. na "czarodziejską różdżkę" (nie pomyliłam aby tytułu?) jeszcze czas przyjdzie, bo przecież wiadomo, że kto nie je zupy, ten umrzeć musi, a klasykę trzeba znać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)